nakryty posągami falujących chmur.

Więc trwożysz się daremnie, powracasz nieustannie

przez głos krzywdzonych rzeczy i przez człowieka krzyk

do miejsca wiecznej ciszy, co — w tobie ma posłanie

i nigdzie więcej nie ma. Uderza w twardy brzeg

raniona w piersi woda odbiciem twojej ziemi,

o której myślisz: promień, nie krew, i głaz, i pot —

znów słuchasz: skrzypi fala i ciągnie nad ciemnemi

drzewami długim sznurem gwiaździsty zwarty lot.