w powiekach, aby obraz zatrzymać na zawsze,

gdy szedłeś obok matki tym znajomym miastem

i pięści małe niosłeś już wtedy bezbronne,

i lękasz się, gdy mówią, że gorzka jest przestrzeń,

po której dzisiaj stąpasz, a myślisz wciąż: promień.

I jeszcze nie dostrzegasz, kiedy brzegiem krążysz,

jak trudna jest ta ziemia wysoka do łokci

smugami ciężkich kłosów wezbranych jak nurt.

Po czole spada światło słoneczne i w pocie

wypręża zgrzebny człowiek swe mięśnie jak orzech