Nad górą świata, nad głębiami szczytów,

słyszę jęk matki, co mi serce rwie —

rzucam w jej łono pył aerolitów —

rzuciłbym słońce — lecz się łzami mglę.


Z czarnych kryształów mój pałac — w gryfy lemury rżnięty —

gwiazdy przez witraż świecą zamarznięty.

Perły posadzką, w koralach namioty —

huczą nademną gdzieś przeznaczeń młoty.

Myśl moja rzeźbi posągowe mary