Kilka drzew wiśniowych migało swymi rubinami.

Była to wyspa, na której mógł się urodzić Zeus z cichej, tajemniczej Semele.

Tej nocy Ariaman narodził sam siebie.

Teraz poznał do głębi, iż wiele w nim było zbudowane na leniwych zwątpieniach i że Polska tkwi jeszcze w samym środku bagna, gdzie dokoła latają błędne ogniki.

On, który niegdyś kochał nad wszystko Chrystusa, teraz myślał, iż musi rozejść się z Nim —

iż należy w wiecznie istniejących burzach tworzyć swe przeznaczenie.

Prosił Ariaman swego Mistrza, aby tu mogli pobyć dzień jeden nad źródłem, które wypływało ze skały.

I spędzili tu dzień, żyjąc chlebem przywiezionym i miodem, który znaleźli spływający po korze drzew przepełnionych miodem dzikich, leśnych czarnych pszczół.

I mówił jeszcze o swym życiu Ariaman.

— Badałem różne drogi tajemnej wiedzy: i przeraził mnie ten obmierzły kabotynizm literacki, który epatuje paru znakami astrologicznymi i tym żydowskim pentaklem z wielkim imieniem Jahwe, okazującego swym prorokom — tył.