Ariaman wracał myślami do ubiegłej nocy, wśród której on, król wyspy Thule, rzucił bajeczną czarę miłości do morza.
Czasza ofiarna dla żywiołu, z której nikt nie wypije już nigdy.
I w tej dumie żałował, iż, jak Aleksander Wielki, nie pochodzi od matki czarownicy, która nie wiadomo z jakim demonem poczęła syna!
Aleksander, nie uważając się za syna Filipa, mienił się synem Amona, boga słonecznego w Egipcie.
Takich matek Olimpiad liczy historia tylko na jednostki.
Słowacki ułożył modlitwę dla matek o syna geniusza.
Ariaman sam teraz był swą matką i czuł, jak rozskrzydlają się w nim czarne, mroczne zadumy.
Wtem ujrzał mknący błyskawicznie po wodzie ogień.
„Nie może być łódź tak szybko pędząca — pomyślał — nie jestli to jakiś pocisk nowego systemu — światło zbliża się, zakaty! wychynęła podmorska łódź!” —
Istotnie, zahamowała się w tak wściekłym rozpędzie, jak lecący siłą paru tysięcy koni parowych torpedowiec. Miała motor aeroplanowy, przyczepiony do wierzchołka masztu, o ile szła na powierzchni morza — i nadający jej ten bajeczny pęd.