Ty, najbiedniejsza z tych, którzy rozdali swe królestwa, Ty, płomienna siostro zmartwychwstać niemogącego polskiego Łazarza — wyczekująca i biegnąca wciąż na spotkanie Pana!
Ty, niemieszcząca się już w Turowym Rogu, lecz idąca wciąż dalej!...
Wciąż potworniej opuszczona, z dziwną Apokaliptyczną literą Człowieczo-boskości na swym sercu, idziesz — aż tam, gdzie, jak Ty osamotniony, czeka Cię kurhan przy ujściu Leny468 do Lodowatego Oceanu — tam, gdzie nie był jeszcze nikt, chyba skrzydlaty duch Eloi!
—-
Na gędziołkach grał, idąc przez Krokusową łąkę, stary ślepiec Sabała — Homer tych miejsc.
Pani Mara, stojąc wśród wschodzącego brzasku, przyzywała starca ręką, lecz on nie widział — i zresztą choć od dziesiątków lat znał, nigdy jej nie widział i zawsze się dopytywał: jak wyglądacie — gdyż był niewidomy.
Raz już konał na jej ręku; a nie chciał Ksiądz szambelan odwiedzić z Panem Bogiem starego zbójnika, zły, iż starzec mówił kiedyś: „Kie bede mówił niezadługo z samym gazdo — nie trza mi pachołka!”. Ale teraz tak wyczekiwał, tak wyglądał, tak prosił Księdza Jegomości...
Ksiądz się zaciął, udawał, że się zbiera... dość niepilno! zaiste!
Wreszcie Sabała nagle porwał się ku słońcu, — i jął biec — jakby skrzydła miał, a ptakiem był... Biegł wciąż, oczy ślepe zwracając ku słońcu, w które zawsze już patrzył źrenicą nieprzymknioną.
I przesłoneczniony wszedł do Turowego Rogu, gdzie wodą życia napojony przechadzał się, nie czując brzemienia grobu, niepoddany złym urokom Wiedźmy Kostuchy.