— On już powiedział mi, bym tobie, matko, dał hostię z tej małej cerkiewki, kiedy lud się zbierze, przyniósłszy zioła.
Straszną miał twarz wielki magnat, pan Mogilnicki, jakby słysząc w uszach brzmiący krzyk: „Zdrajca!”. Mimo to silił się na spokój.
— Tak — rzecze — spełniaj twoją własną wolę, lecz nie przypisuj jej Chrystusowi.
Z mej strony, ja stawiam warunek ostatni: jeszcze dwa lata kształć się za granicą, poznaj przyrodę i współczesną myśl aż do kresów, wtedy pojedziesz na rok zwiedzać wszystkie główne monastery prawosławne od cerkwi Katarzyny II i soboru Mikołaja w Petersburgu po skity fanatyków Oneżskich, po Sołowiecki Monaster więzienny; zbadasz świętych w Kijowie, powitasz nowego Iwana Gołowosieka w Berdyczowie, zapoznasz się też z Ojcem Kronsztadzkim i Najświętszym Synodem oraz z — Pobiedonoscewym! —
— To nie jest moja wiara — rzekł Konstanty.
— Ale obrządek ten sam, bizantynizm ten sam! rezultaty i na Rusi będą te same. —
Ukończona rozmowa. Wyjechał znów syn.
Przeżywał Nietzschego i Avenariusa496, Ostwalda497 chemię i Poincarégo498 matematykę.
Wyjechał potem na Wschód z listem żelaznym, który mu ojciec magnat wyrobił — i rozwarły się przed nim wszystkie bramy, furty i skrytki klasztorne, zwiedził i poznał hipokryzję, tragikomedię, udany blask, udaną wiarę, nieudane rozpacze i obłędy, widział rozpustę i nierządne hołdowanie najgrubszym rozkoszom, widział cyniczne oszustwo w imię Przemienionego, zamykanie w imię Taboru wszystkich Bram Życia... I cudowną głębinę tęsknoty...
Chrystus na niezmierzonym moczarze przyzywał w cisze rozsłonecznione, mówił, gdy szedł Konstanty wśród najbezwstydniejszych szaleństw tłuszczy na paryskim Longchamps w dzień wielkopiątkowy — zarówno jak kiedy wychodził z cerkwi, wyłożonych porcelaną i fałszowanym złotem, gdy modliły się tłumy chuliganów, mających rzezać i bić na śmierć „kainowe plemię żydowskie inorodcze”.