Polsko, Polsko — nie jesteś ty już memu sercu miła.

Margraf Kuno na ciebie się żali — i se non e vero e ben trovato

jesteś dla wszechrozbrojenia wieczną tarapatą.

Przeklinam cię! choć jeszcze nie oficjalnie,

lecz nie waż się iść kroku dalej — w duchu ni socjalnie —

bo namiestnik Chrystusa i ta ziemna Trójca —

potrafi ujarzmić tego, kto mędrek i zbójca!

W katedrze zapanowuje osłupienie. Niejeden osuwa się na ziemię w bezmocy, w innych wybucha gniew — rzucają olbrzymie kłody do stosu — nagłym ogniem zajmuje się w krepie żałobny Chrystus. Wtedy widnieje w murze ukryta jama. Wylatuje olbrzymi Puchacz-widmo w tiarze. Spod stropu rozlega się cicha, złowieszcza muzyka Trismegisty. Ludzie z toporami rzucają się do krzyża, by zrąbać. Wstrzymuje ich sędziwy Król Włast, który podnosi się z klęczek przed ołtarzem — długo trzęsie się ze wzruszenia, mówi — a z chórów odpowiadają mu spiżowe dźwięki. Z hałasem powstają prałaci z miejsc, lecz rychło milkną.

Król Włast

Wiekuistna Prawda mówi w mrokach do mnie: