Książę roztworzył zamek bardzo misterny, ukazała się znowu przestrzeń ciemna i schody, po których idąc, natrafili drzwi drugie, które były z drzewa, mającego kolor płomieni i rosnącego tylko na jednej wyspie tatrzańskich jezior. Otworzywszy je, znów ujrzeli klatkę schodową i drzwi trzecie z czarnej, jednolitej płyty kryształu.
Bez szmeru rozchyliły się pod dotknięciem w pewnym miejscu znaku Różokrzyżowców na ścianie.
W komnacie dużej kopuła szklana, przez którą świeciły miliardami gwiazdy. Za pomocą olbrzymich soczewek zbliżone, widać było pierścienie Saturna i jego satelitów; Saturn właśnie zapadał, za to inne, niesłychanie odleglejsze światy iskrzyły jak zamieć śniegowa.
Nie było tu podłogi — lecz ubita ziemia.
Pośrodku wyrastał święty cis lechicki; starzec w zielonej jedwabnej szacie stał w najgłębszej medytacji, nad piecykiem alchemicznym, gdzie jarzyły się kruszce.
Było pusto w komnacie: ku najgłębszemu zdumieniu Ariamana, ujrzał się naraz otoczony dziwnymi tęczowymi kręgami świateł.
Jakby z jednego szafiru on zaświecił.
Na razie wydało się mu, że to niebo rzuca nań swój refleks niby w grocie lazurowej. Lecz niebo, z wyjątkiem gwiazd, było mroczne.
Dokoła księcia wirowały smugi świateł krwistych, jak rozpalone narzędzia tortury, zaś on sam był niby z czarnego żelaza. Były to astralne aury, ujawnione przez magnetyczny psychizm tej sali.
Starzec nie przerywał medytacji — w końcu nagle wydobył sztylet i błysnął nim w powietrzu, mówiąc: Kaliruga! — zapewne imię żony księcia.