— Wszyscy znamy rzeczy bardziej piekielne, które dzieją się tu (ukazała na czoło z wężami, które cicho, leniwie syknęły).

Mówmy więc na razie o czymś niemiłosnym. Czy Polska jest jeszcze? Szkoda, że nie poznałam barona de Mangro — myślę, że taki jeden potrafi stać się karawaniarzem całego kraju.

— Miałem kiedyś Ariamanowi — rzekł książę — opowiedzieć o nieustającej u nas Targowicy. Będę opowiadał w osobie trzeciej, jak Juliusz Cezar, kiedy dyktował Pamiętniki w swym namiocie, wsparty na tarczy i na brance z plemienia, gdzie żyją Druidzi.

— Branki tu nie ma — rzekła pani Kaliruga — Juliusz Cezar jest dla mnie zbyt nieciekawy — a Druidów — dawniej znałam, nim ich opiewał Wiwian.

— I ja nie przyszedłem na opowiastki — rzekł twardo Ariaman. — Wracam do mego zamku Krzyżtoporów, czy chcesz należeć do naszej sprawy?

Książę zaczął cicho się śmiać, ten śmiech stłumiła Pani Kaliruga.

— Nieprawdaż, jak te owady fosforyzują, tonąc w morzu? Te świetlaki miriadami latające, zmieniają górę leśną w ciemną dantejską opowieść o aniołach... Wezbrana, gorąca jest pierś morza!... Dyszy namiętnie jakimś macierzyńskim upojeniem... matki naraz i kochanki. Odejdę! —

Książę schylił się jej do kolan i błagał, by nie odchodziła. Potem powstał i spojrzał się złymi oczyma w Ariamana.

— Zbyt ujawniasz, stojąc, Ariamanie, swą budowę dyskobola lub ujarzmiacza koni. Zresztą wiem, że znalazłszy włos na drodze, przecinasz go wzdłuż na troje, ty śniący analityku.

Otóż więc!...