— Mścił ojca swego, pożartego przez Rakszasa215; setki ich zostało zniszczone za pomocą ofiary, lecz gdy mogli być doszczętnie zniszczeni, dziad jego rzekł:
— Dosyć, Rakszasi nie są winni; każdy człowiek ma przeznaczenie, które jest rezultatem jego postępków.
Gniew jest zniszczeniem wszystkiego, co osiągnął człowiek przez nieustanne wysiłki i pobożne umartwienia. Niech żaden z tych bezbronnych duchów ciemności nie będzie odtąd niszczony. Litość jest karą, przez sprawiedliwego wymierzoną. —
— Czy pojąłeś? — spytał Mag.
Zabłysnęły złowieszczo oczy Mangrowi i rzekł:
— Niezupełnie, Mistrzu — jest to dla mnie za wulgarna baliwernia216! —
Nie mówił już Mag Litwor, lecz patrzył na cudowne pałace gór i na puszczę, gdzie rosły aż po niebo tęgie smreki, przy ziemi zaś krzewiły się wrzosy i gatunek wilczego ziela. Długo przyglądał się nikłym roślinom Mag, po czym, odkrywszy w innym miejscu księgę, skinął na towarzysza, którego twarz i ruchy zdradzały menażeryjne pochodzenie, a musiał piastować godność lektora, bo, jak egipski pisarz, usiadł na ziemi i szybko, choć z widoczną niechęcią, jął czytać w księdze:
„I wejdzie Mag w puszczę lepidodendronów, które, skarłowaciawszy przez ciąg milionów lat, nazwane były w Tatrach Nietotą.
Każda kosa rozbija się na tym nikłym, pełznącym zielu, którego kwiatu nikt nie oglądał — na tym nikłym zielu, pochodzącym od królewskich drzew olbrzymów, szumiących w dawnej manwantarze217 ziemi, przesyconej burzami elektryczności.
Smok skrzydlaty, a w dziedzinie ludzkiej Mag zostali wytraceni: tu nędzny żywot wlecze leniwa salamandra i legwan, — tam ksiądz, uczony albo poeta.