Po drugiej zaś stronie morze: płaczące mniej, straszne mniej, głębokie mniej niż miłująca nieszczęsna dusza.
Królewicz szedł nad brzegiem szumiących fal.
Około północy ujrzał zamek Muzaferida. Most był zwiedziony, więc obchodził dokoła.
Na murach kładł głowę płomienną.
Wreszcie, wdrapując się na skały z niebezpieczeństwem najwyższym, namacał jakieś zakratowane więzienne okienko. Wyszarpnął kratę, wpadł do potwornych lochów —
tam byli zgromadzeni robotnicy śpiący.
Porwali się, świecąc kagankami, nie rozumiejąc, skąd się tu wziął ten twór z instrumentem muzycznym, ten z rozpalonymi obłędnie, fioletowo w mroku iskrzącymi oczyma Skarbnik, duch kopalniany?
Nie badając dłużej, zamknęli stracha w sąsiednim lochu, zmówiwszy razem na klęczkach pacierz za dusze w czyśćcu cierpiące.
Zapadło wszystko w ciszę mroczną.
Królewicz tylko spoglądał na rosienie gwiazd przez wąski otwór okienny —