przez gąszcza maków i modre powoje —

ciała nam złocił blask różanolicy

— to księżyc,

wschodząc — żegnał nas oboje.

I już na wieki — w kolumnowej sali —

pojrzałem w morskie lśniące oczy Twoje.

Jakby mię w grobie ziemią osypali,

uczułem wiew, co gasił serc oboje.

Ale się jeszcze roztliło zarzewiem,

osamotnione w głębiach serce moje.