złociły, jak połamane w hieroglif miesiące —

on — na samotnej skale, wychodzącej w morze

płakał — i słowa rzucał gorejące —

krzyk przeraźliwy, niby orła w klatce —

wnętrza zadrgały we mnie — a już w matce.

.... Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie —

płyń!... nogi całowałam rzewnie.

Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei

straszydła ścigać i lądy nieznane.

Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę,