bujnych pokoszonych traw —
idę do Boga —
wśród kolumn czarnych wieczności.
A złota rosa na twarz moją pada.
I wstrząsa dreszcz.
Czarne chmurzyska,
jako bawołów pędzących stada —
tysiące krwawych oczu błyska.
I kataraktą runął deszcz.
To sen mnie łudzi —