No, dziś noc jest ciepła, nietrudno mu będzie znaleźć miejsce przy ognisku. Inaczej się dzieje, gdy noc zimna i wietrzna. Wtedy Wojtek po skończeniu swej inspekcji znajduje wokół „watry” tak ściśnięty łańcuch swych towarzyszy, że i igły nie zmieścisz. Posiada on jednak w takim razie sposób równie prosty, jak skuteczny. Dorzuca na ogień znaczną ilość kosówki, płomień się wzmaga, gorąco bije silnie naokoło, ręka Sabały ściąga się i otwiera coraz częściej; wszyscy świadomie czy nieświadomie cofają się od zbytniego żaru, łańcuch się rozrywa i Wojtek zajmuje w nim należne mu miejsce.
*
Spaliśmy wszyscy wybornie. O świcie wynurzam się z namiotu. Niebo gwiaździste, na szczytach błyszczy rumiana zorza. Porównuję stan aneroidu z wczorajszym, spadł jeszcze o dwa milimetry. Ale pogoda wyborna, ani jednej chmurki, ani najmniejszego wiatru. Budzą się górale; odbywamy orzeźwiające ablucje w strumieniu.
— No dzieci, co dziś robimy? Wojtek jakby mi w mózgu czytał.
— Eh, wiecie co, bobyśmy szli41 na Wysoką.
Bez głosowania przyjęto, zwijamy obóz, nawet „herby” nie gotujemy, szkoda czasu, pośniadamy42 na pierwszym odpoczynku. Odprawiamy jednego górala z depeszą do domu. Przez kotlinę Gerlachu, Polski Grzebień, Roztokę, już o piątej po południu był w Zakopanem.
Przechodzimy ukosem niski już w tym punkcie grzbiet biegnący od Kończystej i znajdujemy się w dolinie leżącej między tąż Kończystą z jednej, a Tępą z drugiej strony. Mamy pokuszenie przejść jeszcze dalej na lewo przez Osterwę nad piękny staw Popradzki. Ale rozwaga każe wciągnąć w rachunek pewne niewiadome, wszak dzień krótki. Idziemy suchą dość połogą43, zresztą mniej powabną doliną ku szerokiej a wzniosłej przełęczy. Po drodze mamy sposobność przypatrzenia się świstakowi, który nie dalej jak o trzydzieści kroków przypatruje się nawzajem nam. Rzecz to bardzo rzadka, z tak blisko zajść to zwierzę. Objaśniamy sobie jego naiwność chyba tym, że urodzony w tej dolinie zapewne jeszcze nie widział tu ludzi i nigdy nie był spłoszony. Prawie pod samą przełęczą jest trochę wody. Śniadamy44. Stąd najłatwiej byłoby wejść na Kończystą. Zaledwie paręset kroków wyżej, dochodząc do przełęczy spostrzegamy jedyny spoza niej wyglądający wysmukły stożkowaty czubek. To Wysoka! Z każdym krokiem dalej czubek ten rośnie i wnet wyrasta w kolosalną piramidę. Znając prawie wszystkie większe szczyty w Tatrach, prawie wszystkie większe doliny i grzbiety, nietrudno przy pewnej wprawie skombinować sobie z jakiegokolwiek nieznanego jeszcze punktu plan drogi i obrać właściwy kierunek. Ostatecznie zostaje tylko jeszcze tu i ówdzie pytanie, czy ten lub ów żleb, ta lub owa grań „puści lub nie puści”. No, zobaczmyż tutaj. Poza ową szeroką i bardzo już połogą najwyższą częścią doliny, otwiera się naraz stroma przepaść, a na jej dnie znany nam dawno „Zmarzły Staw” pod Żelaznem i Wrotami. Jednym rzutem oka górale nasi dopatrują się jakiegoś żlebu, który „acz niemiły” ale „puszcza”. W pół godziny jesteśmy przy stawie. Dziś on wcale nie jest zmarzły, ale za to tak mętny jak nigdy żaden staw na tej wyżynie w Tatrach nie bywa. Bierzemy się mocno na lewo, aby się dostać do czerwieniejącej z dala „buli” (turnia o zaokrąglonych i nieco spłaszczonych kształtach), leżącej od południa pod Wysoką. Z prawdziwym żalem rozstajemy się z okolicą Zmarzłego Stawu, bo to sponad niego uśmiecha się nam szczerba Żelaznych Wrót, przez którą dwa razy już przechodziliśmy na północną stronę Tatr do Zielonego Stawu. Oto właśnie przecinamy w poprzek drogę, która tam wiedzie i która z obydwu razy tyle miłych wspomnień w nas budzi. Pierwszy raz było to przed dwoma laty. Szliśmy z „Jegomością” od Popradzkiego, gdzie nocowaliśmy po zejściu z Wysokiej. Było nas przeszło trzydziestu, a w tej liczbie grono wytrawnych taterników, jak ksiądz Sutor, profesor Świórz, państwo Dembowscy i kilku innych.
Śniadając ponad tak zwaną przez górali Pustą Doliną powyżej Zmarzłego Stawu spostrzegam pod nami na wielkich polach śniegu bladoczerwone smugi. Zjawisko to znane w górach skandynawskich pod nazwą krwawego śniegu, zależy od maleńkiego mikroskopijnego wodorostu. Są to kulki napełnione purpurowym, silnie światło łamiącym płynem.
Na kilkanaście cali45 w głąb całe obszary śniegu przejęte są tym tworem.
Żywo też stoi mi w pamięci wrażenie, jakiegośmy wówczas wszyscy doznali, przeszedłszy zwartą kolumną przez ową szczerbę Żelaznych Wrót. Z tej strony droga do niej przykra, ale bezpieczna. Stromym kamienistym żlebem dosięgając wąskiego siodełka czyli, właściwiej mówiąc, samej szczerby, wchodzi się między wysokie, prawie prostopadłe ściany. Z drugiej strony przepaść, tylko pod samą ścianą północną, na prawo nad urwiskiem usypanym z rodzaju zielonawej glinki, powstałej z rozłożonego granitu, trzyma się przez całe lato przylepiony szmat stwardniałego śniegu. Po tym śniegu, zgięty we dwoje, bo ściana granitowa u spodu tylko jest wyżłobiona, a na górze szorstko wystaje, może przejść człowiek jako tako bezpiecznie, a iść tak trzeba kilkadziesiąt kroków, bo rzadko gdzie można się wyprostować. Potem zwracamy się w lewo na ostrą wąską grań, także zwykle śniegiem pokrytą, lecz po której „już wozem przejedziem” według uświęconego wyrażenia przewodników zakopiańskich, co znaczy, że już stąd trudniej kark skręcić, jeśli się mocno na nogach trzymasz. Widok z grani na tę prawdziwie piekielną bramę, zwłaszcza gdy schyleni towarzysze jeden za drugim przez nią przechodzą, jest niesłychanego efektu. Nadzwyczajna ostrość konturów, różnica oświetlenia jednej a drugiej ściany, niewypowiedziana dzikość wokoło, a do tego widok na południe i na północ, na zielone łąki, uprawne pola i wzgórza odległych okolic, nadają obrazowi urok niezwykły nawet w Tatrach, gdzie przecież począwszy od Zawratu o podobny rodzaj widoków na pozór nietrudno. Toteż ulegasz wrażeniu, którego się nigdy nie zapomina. Na wniosek mój, abyśmy w tym miejscu urządzili wypoczynek, bo wszakże tu co dzień się nie chodzi, przystano od razu. Rozsiedliśmy się na grani wśród śniegu i głazów. Przy posiłku Sabała jął prawić powiastki, którymi nas do konwulsyjnego pobudzał śmiechu. „Jegomość” gwałtownie musiał się trzymać za boki, a przy jego olbrzymiej prawie postaci zdawało się, że skała, na której siedział, trzęsie się i gotowa runąć.