Drugi raz przeszliśmy tę samą drogę w roku zeszłym w towarzystwie profesora Aleksandrowicza. Z wycieczki na Krywań zeszliśmy dnia poprzedniego na nocleg do schroniska przy Szczerbskim Jeziorze, a nazajutrz przez Mięguszowiecką Dolinę na Żelazne Wrota. Cała kilkudniowa wycieczka ułożona została wyłącznie dla profesora Aleksandrowicza. Był to poniekąd obchód jubileuszowy; właśnie 25 lat minęło, jakeśmy z nim razem i z profesorem Jurkiewiczem pierwszy raz zwiedzali Tatry. Chciałem tedy, aby mu, po tylu latach znów przybyłemu, co najwięcej w najkrótszym pokazać czasie. Zaprowadziłem go „po drodze” i na owe czerwone śniegi, aby zjawisko to u nas rzadkie własnymi oczami oglądał. Wchodzimy na Pustą Dolinę, śniegi są ale46 bielutkie.

Że jednak przed kilku dniami śnieg w Tatrach padał, musiał pokryć warstwy wieczyste. Odgarnęliśmy miękką wierzchnią skorupę i dobraliśmy się do blado purpurowego łoża. Rozpierzchnięci w dolinie, zbieramy się w ścisłą kolumnę, aby przebyć ów żleb kamienisty ku szczerbie. Nigdy wprzódy i może już nigdy więcej żleb ten ponury i dziki nie zabrzmi takim wesołym i hucznym gwarem. Było nas około czterdziestu. Zawsze wesoły, pogodny humor szanownego jubilata, jego wrażliwość na piękności przyrody, tryskający przy każdej sposobności dowcip, wprawiły całe nasze grono w najlepsze usposobienie. W przeciągu ćwierci wieku, jak nie był w Tatrach, profesor Aleksandrowicz przybrał nieco na tuszy, a chociaż twierdził, że poprzedniego już dnia gdzieś tam na Krywaniu, zgubił przodkującą a wydatną część swej cyrkumferencji47, jednakże zauważyliśmy, że w miarę coraz bardziej stromej drogi, coraz więcej botanizował, szukając tam nawet roślinności, gdzie już ostatnie jej ślady zginęły. Ponieważ nie było czasu do stracenia, postanowiliśmy prosić go, aby zechciał nam przewodniczyć, aby prowadził kolumnę. Odgadł manewr, ale poddając się z uprzejmością naleganiom, objął przewództwo i — trzeba być sprawiedliwym — prowadził nas doskonale.

Z westchnieniem mijał zapraszające do spoczynku tu i ówdzie „kanapkowatości”, nie chcąc, aby gdy spocznie, trzydziestu kilku towarzyszów czekało pod nim, wisząc częstokroć więcej na łokciach niż stojąc na śliskiej i niepewnej ścianie. Odwracał się wtedy ku nam i z szczerym, choć czasami nieco kwaskowatym uśmiechem, potrząsając wzniesioną do góry ciupagą „za mną” wołał, jakby do opóźniających się towarzyszy. „Idziemy”, krzyczeli górale wśród serdecznego śmiechu. Gdyśmy dosięgli szczerbiny, szanowny profesor ze łzami zachwytu i wzruszenia powitał uroczy majestat tego miejsca. I nie jego jednego powieki łzą zabłysły.

Z żywym wspomnieniem tych miłych chwil oglądaliśmy się na ową szczerbinę, dopóki nam jej nie zasłoniły ponure turnie „Ganku”.

Jeżeli Cię, miły czytelniku, mało zajęły wspomnienia moje z Żelaznych Wrót, to jeszcze mniej bym Cię ubawił opisywaniem drogi, którą teraz oto do owej rdzawo zabarwionej „buli”48 odbywamy, choćby właśnie dlatego, że jest wcale niezła, bo umiarkowanie stroma. At sobie zwyczajna, tatrzańska droga pod górę, jeśli tylko drogą nazwać się godzi całe morze kamieni i łomów, z których ani na tysięcznym jeszcze noga ludzka nie postała, choć tam strzelcy i turyści chodzą. We dwie niespełna godziny jak opuściliśmy Staw Zmarzły, jesteśmy już nie tylko na „buli” ale i ponad nią na wysokości blisko 7600. Zostawiamy na tarasie pakunki pod opieką Sabały i jego muzyki, a sami wchodzimy w żleb wschodnio-południowy, prowadzący wprost na wierzchołek góry. Jest to jeśli nie najprzykrzejszy, to z pewnością najmniej bezpieczny żleb tatrzański. Granit w części zwietrzały i śliski, rozkruszony; to znów po bokach wystający wprawdzie w wielkich i niezbyt pochyłych ale za to cienkich taflach, które gdy staniesz na nich, wysuwają się częstokroć spod siebie. Tu też więcej jak gdziekolwiek indziej okazała się niezbędna ściśniona kolumna przy wejściu i zejściu. Gdyśmy szli z „Jegomością” przed dwoma laty, zaledwie ktoś z idących naprzód nastąpił na taki głaz ruchomy, poczuł, że ten wysuwa mu się spod nogi, lekko zeskoczył na bok, ale głaz z wolna wysuwał się dalej. Szczęściem, przewodnik o pół kroku niżej będący zdołał go na chwilę powstrzymać, a drugi i trzeci za nim idący szybko dopomogli i zmienili kierunek upadku. Przy większych odstępach w łańcuchu, po kilku sekundach już żadna siła ludzka nie byłaby w stanie zatrzymać skały, która by „wymiotła” ze żlebu nieoględnych śmiałków. W małą godzinę jesteśmy na szczycie. Jasno i ciepło. Gęsto obsiedliśmy kończysty49 czubek góry. Jeśli Gerlach usposabia posępnie, to Wysoka przeciwnie. Tańczyć wprawdzie nie można, bo nie ma gdzie, ale za to śmiech i gwar wesoły.

Widok stąd równie piękny jak ciekawy i pouczający. Stąd jednocześnie i grupę Gerlachu, i szczególniej Krywania doskonale opatrzysz, nie mówiąc już o zachodnich szczytach. Jeden tylko zarzut można zrobić temu punktowi, to jest, że z niego nie widzisz Wysokiej, bo ona istotnie każdej panoramie tatrzańskiej nadaje szczególny wdzięk wykwintnymi swoimi kształtami.

O trzeciej po południu schodzimy ze szczytu. Szybko robimy tę samą część drogi, którą obeszliśmy szczyt góry i bierzemy się ku „Wadze” przełęczy, między ramieniem Wysokiej i Rysami. Będziemy tam najdalej w ciągu półtorej godziny. Zanim jednak tam dojdziemy, bierze mnie ochota opowiedzieć Ci, szanowny czytelniku, ustęp z jednej małej, lecz twardej wycieczki. Właściwie sumienność turysty skłania mnie do tej gadatliwości, bo oto zszedłszy z Wysokiej tym szkaradnym żlebem, przypominam sobie, że jest w Tatrach jeszcze gorszy i nierównie gorszy. Tylko że tego to już w żaden sposób nie zobaczysz, choćby cię istotnie płocha chęć wzięła szukać przykrych żlebów. Nie znajdziesz przewodnika, który by się zgodził przeprowadzić cię tamtędy. Rzecz się miała tak: przed kilku laty wypadł mi jakiś gwałtowny, botaniczny „interes” do doliny Pięciu Stawów. Wybieram się na parę dni z synem moim; nawiasem mówiąc nie radzę ci z nim chodzić na wycieczki, jeśli nie jesteś wypróbowanym taternikiem pierwszej wody. Ponieważ zwykle nasza droga jest przez Zawrat, przeto pan Alfons S., młody taternik, chcąc użyć porannej przechadzki odprowadza nas na tę przełęcz. Prócz Wojciecha Raja, Tatara i Ślimaka mamy z sobą Józka, naturalnie dużo młodszego niż dzisiaj, a objuczonego jak zwykle „trąbą” (zn. duża, zielona puszka do roślin), deseczkami mieszczącymi obfite zapasy bibuły itd. Ponieważ Józek zaczął dopiero w owym roku zarabiać sam na siebie, nie miał przeto jeszcze swej własnej czuchy ale ojcową. A że ta była na niego srodze długą, więc zarzuciwszy ją na swą dużą torbę, zawiązywał pod szyją rękawami. Rozumie się, że wyglądał jak kopka siana. Dla oszczędności obuwia zwykł chodzić na Zawrat i wszelkie „piarżyste”50 drogi boso. Pod „Zmarzłym” rozmyślamy się. Przez Zawrat już się tyle razy chodziło, czy by nie można przejść szczelinką między Kozim Wirchem a Granatami? Jakiś tam żlebik świeci w górze śniegiem. Spróbujmy.

— Eh! znam ja ten żlebik — rzecze Szymek — bom tamtędy raz od Pięciu Stawów chodził.

Przy indagacji pokazało się, że przed wielu laty dźwigał tamtędy tęgiego kozła na plecach, a miał dobre powody do obrania tej romantycznej drogi.

— A puści tam?