— No, puści przecie, puścić musi, ale kto to wie, jak tam teraz wygląda. Wdrapaliśmy się po mokrych, śliskim mchem obrosłych progach pod ów śnieg.
Żlebik stromy, śnieg podmyty, ale z pomocą rąk i nieledwie zębów, wyrąbując tu i ówdzie schody w zmarzłym śniegu, dostaliśmy się do szczerbiny. Tu naprzód wita nas gwałtowny, mroźny wiatr, że na nogach utrzymać się trudno. Spójrzmy w dół, gdzie schodzić trzeba — prostopadła wąska przepaść, zawalona zatrzymującymi się w załamach i zakrętach kamieniami.
— No, nie słodko coś wygląda!
Szymek i Wojtek Raj spuszczają się naprzód, zsuwając i zwalając w przepaść ogromne zaległości głazów, aby nam potem z góry na głowę nie spadły. Ślimak zostaje przy nas w odwodzie. Józek zostawiony jest własnemu przemysłowi51. Utorowano kilkanaście stóp, spuszczamy się w otchłań. Józek na końcu. Nasi przewodnicy oczyszczają drogę niżej, my czekamy. Po kilku minutach znów opuszczamy się trochę niżej.
— Nie puszcza! — krzyczą z dołu — niech czekają!
Tym razem czekamy coś bardzo długo — czekamy zawieszeni na łokciach, wparci między wąziutkie ściany otchłani. Józek, który sobie wyszukał jakiejś innej odnogi żlebiku, w żaden sposób nie mógł znaleźć oparcia na nogi. Zrobił więc grymas wyrazisty i wydał głos bardzo do jęku zbliżony. Ojciec dosłyszawszy, wychyla się pod nami nad jakąś sterczącą „turniczkę”, a spostrzegłszy kłopotliwe położenie chłopca krzyknie:
— Rozszerzaj się Józek — rozszerzaj się!
Pomimo niedogodności położenia, śmiejąc się, nie mogliśmy oczu oderwać od Józka. I tak już dosyć szeroki ze swoją torbą i za dużą czuchą, teraz zrobił się literalnie szerszym niż dłuższym. Ale przestroga była skuteczna. Powiększywszy rozpartymi rękami i nogami tarcie o boki czeluści, powoli zjechał na upatrzony jakiś prożek wystający dobrze pod nim ze skalnej ściany i oparł przecie na nim nogę. Wkrótce słyszymy z dołu, że tam „po grani już wozem przejedzie”. Wiemy już, co to znaczy. Zsuwamy się kilkanaście stóp, potem po gzymsie jakiejś grani „przewijamy” w bok, a potem znów „dołu”. I tak przynajmniej sto kilkadziesiąt stóp; potem żleb stał się trochę położniejszy. Na prawo nad nimi sterczą sklepieniem wysunięte nad przepaścią długie bloki spękanych granitów. Pod nami mała rumowiskami zawalona dolinka, a raczej zatoka doliny Pięciu Stawów. Oczywiście zeszliśmy i to bez przypadku, ale nie życzę nikomu tej na pół napowietrznej podróży. Rozumie się, że najlepiej na tym wyszedł pan Alfons, bo musiał po znacznym kołowaniu wejść jeszcze na Zawrat od doliny Pięciu Stawów, tak, że mu ta przechadzka z pewnością za cztery Zawraty starczyła.
Ale otóż jesteśmy na Wadze. Krótko tu bawimy, widoki stąd na wszystkie strony zajmujące, a choć nam dobrze znane, nigdy ich się dość napatrzeć nie można. Ale dzień ku schyłkowi. Zdawałoby się, że bez namysłu obierzemy drogę do Czeskiego i Doliny Białej Wody, gdy nagle, nie wiem już dobrze w czyjej głowie, zabłysła myśl pójścia jeszcze na Rysy, a stamtąd wprost na dół do Morskiego Oka. Wszakże to wycieczka bez programu!
W kilkanaście minut stoimy na jednym, potem na drugim szczycie Rysów. Pan Stanisław, który tu jest pierwszy raz, wyskoczył przed nami jeszcze, aby się dłużej nacieszyć widokiem uchodzącym powszechnie za jeden z najpiękniejszych w całych Tatrach. Co za rozmaitość. Pod stopami w straszliwej przepaści Morskie Oko, a dalej nieco „Rybie” jakby jakieś zaklęte zwierciadła wśród labiryntu granitowych kolosów. Zdaje ci się, zawisłeś w powietrzu nad tym czarownym obszarem. To złudzenie powiększa się, jeśli naraz odwrócisz się w przeciwną stronę. Tu bowiem jakby powtórzone te same motywy, ale prawie nad tobą. Bo choć stoisz na 7300 stóp, ale Wysoka i mało jej ustępujący Ganek prostopadłymi ścianami sterczą wyniośle nad głową twoją, a u stóp ich śnieżna dolina ze Zmarzłym Stawem i niższe od niego Czeskie, ze swoim pysznym wodospadem. Jeszcze inne stawy widzisz w Mięguszowskiej Dolinie zamkniętej od północy szczytami tegoż nazwiska. W głębi przed tobą Baszta, Hruby Wirch i Krywań jakby oddzielna twierdza z licznymi niebotycznymi wałami, różniącymi się od siebie barwą i cieniem. Zaglądasz stąd i na wyniosłą Dolinę „Żabiego” także z dwoma stawami. Z góry podziwiasz prostopadłe ściany Młynarza i oko twoje z przyjemnością odpoczywa na zielonej barwie lasów i gór odległych, a potem wybiega w dal, na tchnące życiem pola. Tu najłatwiej pojmujesz, dlaczego Wojtek Ślimak powiada, że „kiedy tak stoję na wirchu a słonko jasno świeci, to mi świat kwitnie”. O wpół do szóstej zaczynamy schodzić. Mamy zaledwie jeszcze dwie godziny dnia. Nie ręczę, czy pomiędzy czytelnikami znającymi Tatry nie znajdą się tacy, którzy pomysł szukania nowej drogi tędy i o tej godzinie nie nazwą grzecznie: bzikowatym. Zejść zejdziemy, to pewna, ale jak i kiedy? Uzuchwaleni52 jednak trzydniowym powodzeniem, nie wahamy się ani na chwilę. Tuż pod szczytem „przewijamy” na północną stronę grani wiodącej ku Żabiemu, potem zaraz spuszczamy się do żlebu od strony Morskiego Oka. Ślimak i Tatar przed wielu laty schodzili tędy każdy raz jeden. Pierwszy z „Jegomością”, drugi wracając z polowania (ręczyć nie można, czy nie z kozłem na plecach). Obydwu droga ta nie zostawiła przyjemnych wspomnień. Ale bo też schodzili samym żlebem, obok śniegu. Dziś zaś rychło opuszczamy przykry i bardzo śniegiem wypełniony żleb, a idziemy na prawo granią.