Giewont przyniósł listy i to dobre listy, przyniósł świeże zapasy, nawet jabłka na kompot, które Raj wybornie umie przyrządzać. — Dobranoc.
*
Życzę Ci, Czytelniku abyś zawsze tak dobrze spał jak my w schronisku przy Rybiem, czyli jak się teraz w Zakopanem coraz częściej słyszeć zwykło: przy „Morskiem Oku”. Z powodu nazwy „Morskiego Oka”, muszę Cię ostrzec, że jeśli kiedykolwiek napadnie Cię ochota pojechać do Zakopanego „dla poznania Tatrów” na trzy lub cztery dni, jak się to dość często zwykło praktykować, to Cię Morskie Oko nie minie. Wołasz przewodników i pytasz, jak się wziąć do wycieczki. Zakopianie są bardzo grzeczni i rozmowni. Wśród pogadanki góral już Cię wybadał i zakwalifikował. Albo jesteś kompletnym miejskim — bez urazy — niedołęgą, wtedy pojedziesz wózkiem do Roztoki, jeśli nie na samo miejsce; albo chodzisz jako tako choć po równej drodze, może już i dopuściłeś się Kościelisk, Strążysk lub na Gubałówkę, więc zaproponuje Ci drogę przez „Waksmundzką”. Albo uważasz się za wytrawnego turystę, a to na mocy tego, że zwiedzając Szwajcarię byłeś na Rigi56 koleją lub przeszedłeś przez Grimsel57, albo wreszcie wszedłeś na Faulhorn58 itd. Nawiasem mówiąc, z ubolewaniem spoglądasz w takim razie na Zakopian, chodzących w kierpcach i nie znających dobrodziejstwa szwajcarskich kamaszy o funtowej podeszwie, gęsto wielkimi nabitej gwoździami, ani długiego, również szwajcarskiego, kija. Jeśli nie jesteś egoistą, to nawet w duchu już zamierzasz zreformować pod tym względem poczciwych tatrzańskich górali, którym Pan Bóg dał takie dobre nogi, a takie nędzne obuwie i ciupagi. W tym tedy trzecim wypadku będziesz przeciągnięty przez Zawrat i Świstówkę.
O czwartej możliwej, choć znacznie rzadszej kategorii, pomówimy później.
Owóż59 w każdym z powyższych przypadków, dodawszy do kwalifikacji twojej przebytą drogę, sumy okażą się równe, to znaczy, że znajdziesz się60 jeszcze przed dojściem do celu wycieczki zbity, znużony, zbolały, ledwie dyszący i wyrzucający sobie z goryczą lekkomyślność, która Cię tu zawiodła, na drogi tak różne od wygodnych alei Saskiego, Strzeleckiego61 lub jakiego bądź innego ogrodu. Coraz bardziej niecierpliwisz się, „onaczysz” (znaczy: męczysz, nudzisz) przewodnika pytaniami „a czy daleko jeszcze do tego Morskiego Oka”„a kiedyż tam będzie to Morskie Oko” itd. Na próżno góral pociesza Cię z dziesięć razy: że „zaraz za tym brzeżkiem”, że już nie „precz” (znaczy, niedaleko). Na próżno chwali Cię „jak to oni dobrze chodzą, ho, ho, mogliby iść i na Gierlach” itp. Wszystko to coraz mniej pomaga i czujesz się dobity.
Wreszcie spostrzegasz przed sobą wysokie skały zamykające pionowo horyzont, no, tu już wyraźnie świat deskami zabity, przecież dalej iść niepodobna. Jeszcze jeden „brzeżek” i stajesz nad wielkim zwierciadłem wody, u stóp owych skał prostopadłych.
— A więc to, to jest Morskie Oko! — nie pytając już, wykrzykasz62.
— A hej — przytakuje góral, z politowaniem spoglądając na twoją pocieszną, naturalnie w tej tylko chwili, fizjonomię.
Nie wierzże mu na miłość boską, o przyszły taterniku, jeśli Ci istotnie prawda miła.
— Jak to — rzekniesz — więc on mnie okłamuje?