No, niby tak po trochu, ale czyni to z dobrego serca. Wprowadza Cię w błąd rzeczywiście, ale głównie przez litość nad Tobą i tylko niekiedy łączy się z tym mała cząstka krótkotrwałej niechęci, jeśliś go przez drogę „godnie wyonaczył”63. Dla niego wprawdzie to, przed czym stoisz, było, jest i będzie zawsze „Rybie”, a Morskie Oko, tam nad Rybim wysoko. Ale w głowie górala odbywa się taki mniej więcej proces myślenia: „Ta bieda i tak już ledwie łazi; choćby i chciała iść wyżej, to ci się jeszcze gdzie przekopytnie, jeszcze byś to musiał na plecach dźwigać. Zresztą to się i na górach nie rozumie! Czy ta, czy druga woda między skałami, to jemu tam wszystko jedno”.

Zwykle ma słuszność.

Wprawdzie, gdy się wyśpisz choć na twardym tapczanie, gdy cię góral gorącą „herbą” otrzeźwi, nakarmi, chętnie się z ganku rozpatrujesz w tej dziwnej ustroni. Jeśli nie masz wodowstrętu (sit venia verbo)64, to i na tratwie chętnie usiądziesz i każesz się przewieść na drugą stronę. Tam, trzeba być sprawiedliwym, twój przewodnik nigdy nie zaniedba się zapytać: „a może by chcieli zobaczyć Czarny Staw, co tam jest wysoko?”

Tej drugiej nazwy, tyle razy powtarzającej się w Tatrach, używają przewodnicy jako niby petit nom de guerre65 dla właściwego Morskiego Oka. „A niech sobie tam będzie” — odpowiesz spojrzawszy na stromą, pięćset stóp pnącą się perć. „Nie ma czasu, musimy się spieszyć” — nie wiadomo po co — „do domu”.

Góral jest w porządku, a i tobie się zdaje, że jesteś także, już masz dosyć „Morskiego Oka”.

Jeśli jednakże znajdujesz się w czwartym możliwym wypadku, tj. jeśli naprawdę masz kwalifikację na taternika, jeśliś się tak urządził, że możesz choćby nie cały dzień, ale przynajmniej większą część dnia pozostać na miejscu, to każdy góral najchętniej Cię doprowadzi do rzeczywistego „Morskiego Oka”, bo oni wszyscy dumni są z niezwykłych piękności swoich gór. Gdybyś mnie zechciał kiedy posłuchać, szanowny Czytelniku i nie kwapił się do powrotu, to radziłbym Ci, zamówiwszy sobie, rozumie się, odpowiednią pogodę, pójść znad Morskiego Oka nie oglądając się poza siebie, tak około 150 do 200 kroków pod górę ku Żabiemu i to koniecznie między pierwszą a czwartą po południu. Potem zwróć się nagle i spojrzyj w Morskie Oko, czy, jeśli je tak wolisz nazywać, Czarny Staw. Przyznasz mi wtedy, że to jest równie cudny, jak niezwykły efekt. Wysokość tych częścią66 czarnych, częścią blaskiem słonecznym oblanych prostopadłych ścian, podwaja się przez odbicie w wodzie. U góry i u dołu niebo. Patrzysz w zwierciadło stawu, jakby przez jakiś olbrzymi czarodziejski pierścień, jakby na drugi świat pod tobą albo przynajmniej na drugą stronę kuli ziemskiej. Co dziwniejsza, że gdy przy oświetleniu właściwym tej porze dnia, zieloność powlekająca tu i ówdzie boki jakiej turni daleko prędzej uderza wzrok twój w wodzie, bo jest jakby werniksem powleczona, aniżeli na skałach ponad wodą, gdzie gubi się w matowej, szarej lub czarnej przestrzeni, tym bardziej ulegasz złudzeniu, że tam w dole widzisz świat inny; niechże jeszcze lekki wietrzyk zmarszczy zwierciadło wody, cały ten drugi obraz drga życiem, którego nie mają ponure kolosy sterczące nad jeziorem.

Wracając raz jeszcze do nazwy Morskiego Oka i Rybiego Stawu, jeśli mi nie wierzysz, Czytelniku, zapytaj z wyłącznieniem tego „wyonaczonego”67 przewodnika, wszystkich górali z północnej i południowej strony Tatr, zapytaj wszystkich dawniej, a z małym wyjątkiem i dziś piszących o Tatrach, poradź się wszystkich kart68 tatrzańskich, a przekonasz się, że mam słuszność. Zajrzyj przede wszystkim do Staszica, który te miejsca z sumiennością, staraniem i zadziwiającą ścisłością badał wtedy, kiedy jeszcze nie bywało w Zakopanem podobnych tobie — zawsze bez urazy — taterników, pytających co chwila, dlaczego to jeszcze tak daleko do tego Morskiego Oka.

Wszystkie te uwagi, mające niby służyć ku pożytkowi i zbudowaniu twemu, szanowny Czytelniku, stanęły mi w myśli, gdym dobrze wyspany wyszedł na ganek schroniska przed wschodem słońca, podziwiając nie wiem po który już raz, zawsze świeży i zawsze uroczy obraz. Nasi turyści znad „modrego Dunaju” spoczywają jeszcze. Po niejakiej chwili wychodzi jeden z nich, jakiś młody doktor, ale już nie pamiętam czego. Zaczyna zwykłą rozmowę, wypytując o szczegóły miejscowości, o naszą wycieczkę itd.

— A i my byśmy chcieli też być choć na Gierlachu i Łomnicy.

Spojrzałem bliżej na jego zmęczoną figurę i zapytałem Gladczana: