— A jak oni tam szli wczoraj?

— Eh, kiepsko — rzecze węzłowato przewodnik.

Turysta musiał w tej chwili dostrzec na twarzy mojej jakiś gest wątpiący, bo dodał:

— A dlaczegóżby nie, to przecież musi być coś w guście Zawratu, a myśmy wczoraj tam byli.

— No, niekoniecznie — rzekę — Zawrat to właściwie nie wycieczka, ale gościniec tatrzański, którędy na wycieczki i damy chodzą.

W tej chwili dwaj pozostali wynurzyli się także ze schroniska, ale z postawą jeszcze mniej obiecującą.

— Mnie się zdaje — dodałem — że panowie przeszedłszy Polski Grzebień, będziecie mieli dość.

Nie byli jakoś ciekawi ani „wyższego” stawu, ani nawet nie przewieźli się tratwą przez „niźni”69.

Gdy Gladczan po paru dniach wrócił do domu, opowiadał, że przyszedłszy do Szmeksu, istotnie mieli dość.

Pogoda trwa zawzięcie. Przez całe lato takiej nie było. Odbywamy naradę. Tak nam tu dobrze, iż postanawiamy pozostać przez większą część dnia. Mamy wszak zupełne do tego prawo. Więc kto z wędką na pstrągi, kto do kąpieli w stawie, kto bawi się jeżdżąc na tratwie. Potem zbieranie roślin w jakich niedostrzeżonych jeszcze zakątkach. Kapela też nie próżnuje, więc i podłoga schroniska dudni. Aż dobrze z południa wyciągamy do Roztoki.