Tu już po każdej wycieczce z urzędu70 muszą się odbyć ogólniejsze tańce. Istotnie jakoś tu więcej ochoty. Nawet Szymek, odłożywszy nieco na bok powagę, tańczy i tańczy doskonale, a zdarza się czasem, że jak zacznie, to i cztery godziny z rzędu nie spocznie. Ale to tylko w deszcz, kiedy dalej iść nie można. Dziś pogoda, więc załatwiamy się w parę godzin. Namiot i część pakunków odprawiamy z depeszą do domu. Nad wieczorem powoli, jakby z niechcenia71 ciągniemy do Jaworzyny. Już jesteśmy na niskiej przełęczy oddzielającej Jaworzyńską Dolinę od doliny Białki, już „Kościeliska” nuta zwiastuje72 nas z daleka. Zewsząd wylęgają ciekawi, oglądać mniej zwykłych w tej porze gości. Na widok choć już zmniejszonego, ale zawsze dość licznego pocztu górali, z muzyką i śpiewem, poznają nas od razu. Dobrze, bo też jesteśmy tu znani. Już uprzejma gosposia z oberży, znakomitość w sztuce kulinarnej, stoi przede drzwiami i kiwając głową, uśmiechem oznajmia, że nas poznaje, choć się już w tym roku nie spodziewała.

Jaworzyna węgierska mocno przypomina zakopiańskie „Hamry”. Podobne położenie w wąwozie, takie same domki robotników, zwierzyniec, czarne, żużlami wysypane drogi, Są tu kuźnice, a teraz i młyn do mielenia „smreków” (zn. świerków) na papier. Wesoły i śpiewny ludek z przyjemnością zużytkowywa73 świeżo przybyłą kapelę i znów podłoga dudni długo wieczorem. Jest dla odmiany i dobre piwo; „herba” kipi obficie, gwar wesoły. Nawet jakiś rodzaj maskarady urządza się naprędce. Ktoś z miejscowych facetów przebiera się za konia czy wielbłąda, ku wielkiemu przerażeniu żeńskiej połowy towarzystwa. Wyszukajcie mi na jutro rano M. Dobranoc, chłopcy!

*

Znów pogoda. Wyszukano M. Jest to dawny robotnik; per modum74 przewodnik po miejscowych górach; w chwilach zaś wolnych od zatrudnień, a tych ostatnich ma bardzo mało, oddaje się „palence” (zn. wódce). Szkoda, widocznie chłop niegdyś tęgi, w ostatnich latach bardzo podszarzany75. Kiedyś robiąc kilkodniową wyprawę w pasmo Murania, wziąłem go z sobą nie dla wskazywania drogi, bo przy Zakopianach to jest zbyteczne, ale dla zebrania nazw miejscowych dla turni, regli, dolin itd. Pomimo, że wówczas „palenka” mniej jeszcze dała mu się we znaki, biedak po pierwszym dniu tak był „zmachany”, żeśmy go ledwie dowlekli na nocleg „hipnąwszy”76 co prawda po tęgiej wycieczce na kilka szczytów, przez regle i wzgórza, przez niepraktykowane drogi do Żdżaru i to już późno w nocy. Pomimo mniej wesołych wspomnień z owego czasu M. chętnie opowiada turystom, jako to on nas wodził po Hawraniu, Trystarskiej, Szerokiej Bielskiej itd. Z widoczną też radością nas powitał.

— Poprowadzicie nas dziś przez „Nowy” na Jagnięcą Zagrodę? — zapytałem.

— A czemuż by nie — rzecze.

— No, to dalej w drogę.

Idziemy przez ten piękny świerkowy lasek, tuż za oberżą. Potem na prawo, „Między ściany” przez dolinę oddzielającą Murań od Kiczory77. Patrząc na piękne rozłożyste turnie Murania i Hawrania na przykład z Gubałówki, sądziłbyś, Czytelniku, że to oddzielna jedna góra. Ani byś odgadł, że to tylko bok bardzo długiego pasma, a jeszcze mniej domyśliłbyś się, aby w nim mogły się mieścić takie długie i szerokie doliny, takie kolosalne wąwozy, żleby. A jakaż to pyszna roślinność. Lasy mieszane, dużo buków, jaworów (właściwie klonów jaworowych), skoruszy (jarzębiny). Zaraz widać, że to wapień.

M. przy ochoczej kapeli nie idzie, ale tańczy, przypominając lepsze lata. Podchodzimy pod „Nowy”. Obszerny, niezbyt spadzisty żleb, aż pod sam Murań wybiega. Nad żlebem zaś, przez całą jego długość sterczy prostopadły, wyniosły biały grzbiet. Z tej strony nie znałem jeszcze „Nowego”, a miałem tu specjalny briologiczny78 interes. Po tamtej stronie grzbietu wąwozy i żleby głębokie, zawiłe i strasznie urwiste. Przemierzyliśmy je przed kilku laty we trzech z Szymkiem Tatarem i Wojtkiem Rajem, i na wspomnienie tego dnia wszyscy trzej głośnym wybuchamy śmiechem. A było tak. Wracaliśmy z jakiejś dłuższej wycieczki wózkiem od Żdżaru ku Podspadom79. Było to późną jesienią i gruby śnieg leżał na całym paśmie wierzchem. Spojrzawszy w tajemnicze głębie wąwozu pod „Nowym”, pytam moich towarzyszów, czyby nie warto go poznać bliżej. Idziemy. Gąszcz lasu, wilgotne, śliskie, a bardzo strome ściany, zakręty, ustępy, progi, wiodą wciąż w górę. Ani końca. Nie wiem jak długo trwało, zanim dostaliśmy się na jakąś przełęcz, skąd znowu po błotnistym rąbanisku niesłychanie długo musieliśmy schodzić ku Podspadom.

— No, ale też ta droga to już nie z masłem — rzecze tak wytrwały zawsze Wojtek.