Niewiele Ci już mam do powiedzenia, szanowny Czytelniku. Znów pogoda. Marcinkowe siwki wypocząwszy dobrze, wiozą nas wszystkich rześko do domu. Mijamy Jurgów, ostatnią węgierską wioskę, z niezbędną osadą Cyganów wybierających trybut od przejezdnych. Ciało Cyganów, zaledwie szczątkami jakiegoś odzienia tu i ówdzie obwieszane. Każdy z nich przypomina mniej więcej ten most nieopodal od ich lepianki wiszący nad Białką, a który jej wcale także nie przykrywa. Wiedziony metodą ścisłego rozumowania dzisiejszych, nie tyle tak zwanych, jak raczej tak siebie nazywających pozytywistów, znalazłem w tym nowy dowód wpływu otoczenia na człowieka, mianowicie na człowieka natury. Cyganie mają do tego pewne prawa. Ciekawy byłbym, jeśli kiedy przecież ten most się zawali i jeśli, co jest mało prawdopodobne, postawią tam nowy, w jakim czasie odzienie Cyganów przestanie także być dziurawe?

Jeśli, o Czytelniku, nie smakujesz w moich hipotezach, to bądź przynajmniej wyrozumiałym. Zaręczam Ci, że jeśli w dziesięciu siądziesz na wózek Marcinka i poddasz się kłusowi po takiej drodze jak ta, którą jedziemy, to z pewnością nic lepszego nie sprodukujesz. Za to oszczędzę Ci Bukowiny i z przyległościami. Oto już widać Poronin. Za półtorej godziny będziemy w Zakopanem. Ależ na miłość boską, ledwie południe! I przy tym pogoda; nie spodziewają nas się w domu tak rychło.

— A gdyby tak obejrzeć Sichłe i Toporowe Stawki?

— Zgoda.

Opuszczamy Marcinka i jego wózek, dając mu rendez-vous w Jaszczurówce, sami zaś puszczamy się piechotą pod „Mur za Sichłem”85. Jest to grań niewysoka, ale prostopadła nad potokiem i co prawda, nie wiem na pewno, czy ją tak kto nazywa, ale zdaje się, że tak się zwać powinna prędzej niż wioska tuż przy niej leżąca. Sichłe bowiem jest to znów inna wioska wyżej ku reglom.

Że tędy od stworzenia Tatr żaden turysta nie chodził, to pewne, bo cóż by tu robił. A jednak ciekawą jest formacja błotnistej i kamienistej doliny, która od „Suchej Wody” tu właśnie wybiega. Mieszkańcy Sichłego pilnie dziś pracują w polu; zbierają owies. Ale zdziwieni muzykalnym i widocznie próżniaczym naszym orszakiem, przystają i przypatrują się nie bez pewnego zgorszenia. Zdawało mi się, że jakaś matrona z wyraźną ironią mruknęła:

— Ot, Zakopianie świata dokończają.

Ale to podobno co innego było powiedziane i nie wiem, czy by to i miało sens. Lasem i mnóstwem dróg leśnych dochodzimy wreszcie do głównego Toporowego Stawu. No, może by jaki mało wymagający pejzażysta i upatrzył nad nim jaki punkt do zrobienia szkicu. Ale dla nas piękny staw to nie nowina. A cóż tu pięknego. Wokoło gęste smreki, brzegi mało wzniesione, długa, mętna, czerwona woda, której nawet do zrobienia „herby” użyć nie można, bo już naciągnęła do syta smrekowych igieł. W górze za tym obszerne zarośla, torfowiska i mniejsze zbiorniki wody lub błota; ot i wszystko. Wynosimy się co prędzej, zgodziwszy się jednomyślnie na to, że mają rozum ludzie, którzy do Toporowych Stawów nie chodzą. Lepiej na nie patrzeć z góry, kiedy z wolna idziesz przez Waksmundzką na wycieczkę, lub kiedy szybko tamtędy wracasz przed nocą do domu.

Ostatni etap w Jaszczurówce. Wesoło. Przed zmrokiem wózek Marcinka wiezie do domu dziwaczną grupę siedzących w niemożliwych pozach taterników. Naturalnie zawsze z muzyką.

Gdyśmy nazajutrz jawili się u „Jegomości” dla złożenia sprawy z wycieczki, gdyśmy mu opisali drogę z Gerlachu i Rysów, zawołał tenże z uśmiechem: