— Eh, przecież owsy już posprzątane, to by łatwiej było niż wtedy, byle się tylko z regli wydostać.
— Eh, nie, to już nijak — zapewniał M., a Zakopianie śmieli się do rozpuku na wspomnienie owej dawnej wycieczki.
Schodzimy dalej inną stroną góry, zrazu lasem, potem po jakimś rąbanisku zarośniętym cudownymi malinami, z których mi było trudno wywabić moich górali, W oberży czeka nas wieczerza wytworna, bo nawet z kompotem, do którego zrobienia musiał się jednakże aż Wojtek przyczynić, gdyż owoce w tych stronach mało są znane i nasza gosposia tego zadania rozwiązać sama nie była w stanie. Przyjechał też i Marcinek po nas, a obrządziwszy koniki przytupuje już skocznie i już słychać jego „ej dyna dyna dyna”. Tymczasem M. odebrawszy z powodu żartów, jakich się względem niego dopuszczaliśmy, hojniejszą niż może się spodziewał zapłatę, już zakomenderował „palenki” i zebrawszy sobie jakieś audytorium na stronie, opowiadał, co to on z nami miał za biedę, zanim nas na Murań wyprowadził.
— Widzi się, że tęgie chłopy, a jak przyszło przejść przez próg, to jak baby.
Zakopianie słuchając z boku zanosili się od śmiechu, nie przerywając mu wcale.
— Słuchajcie no, Wojtku — rzekę do Ślimaka — wyprawcie tego biednego M. z karczmy, niechże przecie choć raz w rok jaki grajcar do domu przyniesie.
Ślimak, człek miłego melancholijnego oblicza, surowych obyczajów i niesłychanie delikatnego obejścia, ale przy tym jako dawny wojak stanowczy w postępowaniu, dobrawszy do pomocy Raja i Szymka, wziął się do dzieła. Najprzód wciągnęli do kompletu gospodynię, która oświadczyła krótko i węzłowato, że M. ani kropli palenki więcej nie dostanie.
— Aha, to taka wdzięczność — zawoła do żywego obrażony — a czy wiecie, że żeby nie ja, to byście ich tu dziś nie mieli, bo już chcieli chybać84 do Żdżaru na nocnik (sic!).
Nowe huczne śmiechy. Nic nie pomogło. M. wyłączony za nawias, zawiedziony w całodziennych nadziejach, musiał rad nierad wrócić dziś do domu na trzeźwo. Górale tańczyli długo.
*