— Przecie do jaja nic nie trza dokładać i będzie z niego kurczę, a do masła dokładaj co chcesz, to cielęcia nie będzie.

Purpurą spłonął Wojtek, który choć biegły w przepisach kościelnych, a nawet kanonicznych, wyraźnie na tym punkcie się załapał.

Dochodzimy pod Murań. Spoczywamy. M., im bliżej „Jagnięcej Zagrody”, tym więcej opowiada jak tam źle wejść, wielu to nie weszło, choć się grubo zakładali. Zakopianie zaczynają go brać na fundusz. Szymek siedząc poważnie i nie wyjmując z ust fajeczki, rzecze półgłosem jakby po długim namyśle;

— Ja ta chyba już nie pujdem, bo się bojem.

— Dajcież spokój — rzecze stojący przy nim Raj, jakby mu chciał dodawać odwagi — przecież by on (M.) nas na pewną śmierć nie prowadził; przejdziemy może. M. brał to na serio.

Wchodzimy na stromą grań, potem pod same ściany szczytu Murania. Wystaw sobie, Czytelniku, ściany paręset stóp raczej nad tobą pochylone niż prostopadłe i tak cały szczyt wokoło. W jednym tylko miejscu pnie się po ścianie wąziuchna i mniej wygodna perć i ta w znacznej już wysokości zagrodzona wysokim progiem, a raczej barykadą kilka stóp długą, wąską, a w dodatku od strony przepaści pochyłą. Na wiosnę górale przesadzają przez ten próg jagnięta na pyszną szczytową halę (zn. pastwisko górskie) i nie zaglądają do nich aż w końcu lata, aby je znowu poprzesadzać z powrotem do domu. M. wyzuł się z kierpcy, zdjął z siebie wszystko, co zdjąć mógł bez obrażenia naszej wstydliwości i zabierał się nie bez widocznego zakłopotania do dania nam przykładu. Tymczasem Józek dawno już z całym swoim zwykłym pakunkiem przeszedł na drugą stronę i my już się za nim przebieramy. W rzeczy samej próg ten jest niemiły. Można by go w pół godziny tak urządzić, że i jagnięta by były zawarte i M. nie potrzebowałby się tak rozbierać. Szczęściem, że mu górale dodali dobrze araku do herbaty, tak mniej więcej pół na pół, bo by go w koszuli dobrze „wygwizdało” na hali, choć dzień był pogodny i niby ciepły. Podziwiał też cudowne skutki tej „herby”, bo mu Zakopianie wmówili, że była czysta, tylko że tak mocno naciągnęła. Wystawiam sobie, że jagnięta mają tu rozkoszne życie. Rozległa, pochyła płaszczyzna aż do samego szczytu bujną, śliczną paszą zarosła. Tu i owdzie trochę kosówki, jakby na schronienie od burzy i deszczu. Tylko niestety orły spod Łomnicy czasem je tu odwiedzają, wybierając dziesięcinę82. Jest także podanie, że razu pewnego, sprzykrzywszy sobie zbyt jednostajny choć wygodny żywot, wszystkie jagnięta jednogłośnie postanowiły i wykonały wycieczkę. Naprzód jedno, stanąwszy nad urwiskiem i wyjrzawszy na ten piękny, obszerny świat — wyskoczyło. Za nim po kolei wyskoczyły wszystkie — w przepaść. Zdążamy na szczyt, ale niestety chmury osiadły na wirchach i przecudna panorama Tatr tym sposobem zepsuta. Pierwsze to nasze i ostatnie na tej wycieczce niepowodzenie. Po paru godzinach schodzimy. Ów próg z powrotem jeszcze mniej miły, bo trzeba na czworakach spuszczać się z głową mocno ku dołowi pochyloną. Wszelako M. przeszedł jeden z pierwszych, widać, że mu pilno było do serdaka (zn. kożuszek krótki bez rękawów) i czuchy.

— A czy byśmy nie zdążyli na noc tak na przykład do Żdżaru.

— A czemu nie — rzecze M. — przez Podspady, Cesarką (znaczy, szosą)83.

— Ale ba, ja bym myślał przez wirchy.

— A no, co to, to już nie.