Jeśliś ciekawy budowy tatrzańskich gór, szanowny czytelniku, to znasz już tę kotlinę z wybornego opisu wycieczki księdza Stolarczyka21, ze wspomnień Walerego Eljasza22. Wiele interesujących szczegółów znajdziesz także w opisie pana Dezso23).

Trafnie ksiądz Stolarczyk porównywał kształt Gerlachu do podkowy obróconej środkiem do północy, a której bardzo wydłużone ramiona zbiegając ku południowi tworzą między sobą zagłębie. Środek, w którym łączą się ramiona podkowy, złożony z głównej kolosalnej masy granitu, najeżony jest licznymi turniami. Ramiona, również mnóstwem oderwanych od niego szczytów zakończone, biegną coraz niżej aż do granic kosodrzewiny i tu już prawie są zaokrąglone.

Dodać należy, że końce ramion łączy z sobą przełęczowaty wał, tak, iż zagłębie owo istotnie jest kotliną. Stąd nazwa słowacka „na kotłu”. Góra należy do wsi Garłuchowa, który dziś przerobiono na Gerlsdorf. Stąd Gerlsdorfer Spitze lub Gerlach, a właściwie Garłuchowska Góra i Szczyt.

Kotlina zasłana jest głazami po większej części wielkimi i mocno pomiędzy sobą osadzonymi. Z małymi też wyjątkami tu i ówdzie sterczących głazów, cała jej powierzchnia jest dość równa, z lekka ku głównym szczytom podniesiona. Ponad nią w głębi, ku głównej masie góry, wznosi się wyniosły próg z jednolitej skały, jak we wszystkich prawie tatrzańskich dolinach. Po tej skale spływa niezbyt obfita woda, która jednak zaraz niknie pod głazami i tylko gdzieniegdzie wzdłuż kotliny usłyszysz szmer strumienia, w wielkiej głębi przedzierającego się wśród kamieni.

Powyżej progu obszerny, z samych już prawie nagich, litych skał utworzony amfiteatr; na lewo śnieg wieczysty, przy którym bardzo często dojrzysz kozice. Jeszcze głębiej skała nagle wznosi się pionowo i jak wspomnieliśmy w coraz wyższe, liczne, rozszczepia się turnie. Pomiędzy tymi mnogie galerie i zachody, istny labirynt. Z opisu pana Dezso widno24, że przewodnicy spiscy prowadzą turystów od Wielkiej Doliny ponad „kotliną”, zachodnim grzbietem. Według mnie, najmniej utrudniającym jest przejść samą kotlinę po prawej stronie; doszedłszy zaś pod ów próg skalisty, po którym ścieka woda, wziąść25 się zupełnie w górę na lewo, aż do wysokości owych zachodów pomiędzy najniższymi turniami środka góry. Tu już Zakopianie znają dobrze, jak wybrać lepszą drogę. Pierwszy raz przechodziliśmy równie jak i ksiądz Stolarczyk po owych „garbach” charakterystycznie opisanych i naszkicowanych przez W. Eljasza, Dziś omijamy to twarde i rzeczywiście niebezpieczne miejsce, kierując się dość długo na północny wschód, dopóki znów skręcając więcej ku zachodowi, nie zaczniemy się piąć na ramię jednego z najwyższych szczytów. Stąd spuszczamy się ku żlebowi biegnącemu spod głównego szczytu w dolinę Batyżowiecką i utrudzającą, ale wcale już nie „karkołomną” drogą, wychodzimy na główny szczyt.

Żadna z gór nie robi tak ponurego wrażenia jak Gerlach. Składa się na to i kształt jego, i rozległość, i jakby potęgująca się z powodu rozlicznych jego szczytów dzikość i martwość. Nawet barwa jego skał smutniejsza jest niż gdzie indziej; smutniejsza, bo prawie czarna. Wspinając się na jego niegościnne wierzchołki, tak wiele wrażeń, tak wiele przedmiotów zajmuje uwagę, że szczerze wyznać muszę, nie umiem sobie zdać sprawy, czemu przypisać należy ten żałobny charakter. Wprawdzie niektóre inne góry np. Wysoka, posiadają go także, ale tylko przy pewnym oświetleniu, lecz kształt Wysokiej sprawia, że wrażenie ogólne daleko mniej jest ponure. Czy sama skała bardziej jest poczerniała w Gerlachu niż w innych wirchach; czy w większej ilości pokrywa ją czerniejący (zwłaszcza ku jesieni) porost, czy cienie rzucane przez liczne jego turnie z jednych na drugie, czy wszystkie te okoliczności razem wzięte, dość że tak jest w istocie. Tylko spód pojedynczych turni, owe galerie i zakręty pomiędzy nimi, są jakoś dziwnie jaśniejsze, prawie białawe, co w gruncie rzeczy nie łagodzi ogólnej żałoby, ale ją prawie podnosi. Wielka część szczytów i krawędzi utworzona jest z oddzielnych częstokroć wysoko wybiegających, ogromnych słupów granitu, które jakkolwiek są czworograniaste, z daleka jednak robią wrażenie jakby cała góra składała się z bazaltu. Posępny charakter Garłuchowskiego Szczytu wpływa mimo woli na wszystkich. Nie widziałem, aby kiedy najweselszy i najżwawszy góral zatańczył sobie na nim, jak się to przecież i na Lodowym i na Łomnicy, i szczególniej na Krywaniu praktykowało. Nawet mój „adiunkt” Józek, szesnastoletnie, żwawe chłopię, któremu nigdy najtrudniejsze i najuciążliwsze kilkudniowe wycieczki nie odbierają chęci wyciąć „góralskiego”, jakiś tu poważnie nastrojony. Sumiennie za to bierze się do odszukania między głazami szklanego słoika mieszczącego mnóstwo biletów z nazwiskami zwiedzających. Znajdujemy nasze bilety dawniejsze, znajdujemy bilety wielu innych taterników różnych narodowości. Przed paru laty znaleźliśmy tu pocieszny bilet pana Still, nauczyciela szkółki elementarnej z Nowoleśnej (Neu-Walddorf) na Spiszu, znanego strzelca i taternika, który przed niewielu latu uchodził za jedynego przewodnika na Gerlach i był istotnie pierwszym z Węgrów, który znalazł drogę na najwyższy szczyt tej góry.

Na trzeci dzień później, siedząc w dość licznym gronie na szczycie Łomnicy, widzimy trzech podróżników podążających ku nam, dwóch młodych idących mniej wprawnie i trzeciego starszego, ale którego ruchy zdradzają krzepkiego i wprawnego taternika. Był to ów pan Still. Lat około siedemdziesięciu, szczupły, zwiędły, lecz zwinny, zręczny i wesoły. Mówił nam, że to było dziewięćdziesiąte i któreś jego wejście na Łomnicę. W rozmowie ktoś zrobił wzmiankę o Gerlachu:

— Alboż panowie znacie Gerlach — zapytał.

— Byliśmy tam onegdaj — odrzekłem.

— Aj, aj, to być nie może.