— Dlaczegóż nie?
— To tak chyba na którym z niższych szczytów.
— Nie, na najwyższym.
— Nie może być w żaden sposób.
— A jednakże byliśmy tam i znaleźliśmy bilet z waszym nazwiskiem, któryście na parę dni wprzódy26 zostawili i na którym jest napisane: „Johan Still in persona das heisst in meiner eigenen Person...”27 dalej szła data i nazwisko osób, z którymiście przyszli.
— A no to widzę, że naprawdę byliście tam panowie; ale któż u Boga pokazał wam drogę?
— A te oto zakopiańskie zuchy — rzekłem, wskazując Wojciecha Raja i jego towarzyszów. Znajdują oni drogę wszędzie.
— Sapristi!28 — rzecze kiwając głową Still, który się widocznie uważał „in persona” za monopolistę Gerlachu, a tu naraz spotyka cały tuzin konkurentów. Dziś na Gerlachu ciepło, jasno, spokojnie, ale jednak niewesoło, toteż, łaskawy Czytelniku, nie będę Cię tu trzymał długo, chociaż, jeśli Cię kiedy zdejmie ochota, a nogi dopiszą, to ręczę Ci, że niechętnie szczyt ten opuścisz, naglony przypomnieniem, że już czas, bo droga z powrotem daleko i niełatwa. Powszechnie jest uznane, że widok stąd nie jest tak wdzięczny i miły, jak z wielu innych mniej wyniosłych szczytów. Ale niemniej przeto jest zajmujący. Jako z najwyższego punktu Tatr (8414 stóp) i to pośrodku najpotężniejszych mas granitowych obszarów, najłatwiej się stąd zorientowć co do położenia i stosunku łańcuchów i wirchów. Szczególniej zająć Cię musi widok grzbietów ku północnemu wschodowi. Pod stopami karlejący grzbiet Polskiego Grzebienia; rozszczepiony łańcuch ku Sławkowskiemu Szczytowi na prawo, a więcej ku północy łańcuch przez Jaworowe Sady do grupy Lodowego i znów na prawo, do Dumnej Góry, Łomnicy i Kezmarskiego Szczytu. Zwróć się na lewo ku zachodowi, co za przerażający majestat tych dzikich, poszarpanych grzbietów przez Żelazne Wrota ku Wysokiej. Spoglądając na zapełnione głazami doliny, na owe w części już z ziemią zrównane upłazy29, w części zaś nowymi rumowiskami pokryte osypiska, przekonujesz się w jednej chwili, że te rozległe grzbiety i łańcuchy, dziś jeszcze wyniosłymi najeżone turniami, musiały przed wiekami przenosić30 wysokością najwznioślejsze dzisiejsze szczyty, że niegdyś wraz z nimi daleko wyżej ku niebu sięgały. Dopełniwszy różnych poszukiwań, zanotowawszy stan aneroidu, wyzbierawszy co się wynaleźć dało z roślinności lub charakterystycznych skał naokoło samego szczytu, zabieramy się do odwrotu, a szkoda, bo miałbym ci jeszcze co opowiadać, Czytelniku, o tej skalistej pustyni. Nie mogę jednak nie wspomnieć o jednym gościu, który się tu znalazł, nie dziś wprawdzie, lecz przed paru laty, gdyśmy także kilka godzin tu siedzieli. Był to biały motyl, który korzystając z ciepła i pogody, w oczach naszych z kotliny wznosił się aż po najwyższe szczyty góry. Co go też mogło skłonić do tej fantastycznej wycieczki? Nie kwiaty go tu nęcić mogły. Zgodziliśmy się z góralami, że to już taka natura taternika i taki wpływ cudnych naszych Tatr. Jeśli kiedy, szanowny Czytelniku, będziesz na szczycie Gerlachu, spojrzyj z samego wierzchołka, a lepiej jeszcze o kilka stóp pod wierzchołkiem, na ostatnie jego turnie panujące bezpośrednio nad grzbietem Żelaznych Wrot. Wierzchołki tych turni tworzą cudowne kształty gotyckiej świątyni o kilku wieżach i wieżyczkach.
Złudzenie jest tak wielkie, że doprawdy można by prawie zdjąć plan tej budowy. O ile wiem, nikt ze zwiedzających Szczyt Garłuchowski nie zwrócił dotąd na to uwagi. No, czas już wielki schodzić, ale czyż mamy schodzić tą samą drogą? Od razu wszyscy zgadzamy się, że warto by przecież poszukać nowej. Czyby nie spróbować jednego z dwóch kolosalnej długości żlebów, prowadzących do Batyżowieckiej Doliny? Jeden z nich dosięga istotnie samego wierzchołka Gerlachu i zaprasza prawie do takiej próby, jest bowiem u góry bardzo położysty31. Ale kto zna Tatry, wie, że temu ufać nie można. Jakimś instynktem wspólnym nikt z nas nie zaproponował nawet tej drogi. Drugi żleb także pod wierzchołek prowadzi. To właśnie ten sam, do którego po licznych zakrętach i zniżeniu się32 z jednego z najwyższych szczytów, dochodzi się z kotliny przed samym wejściem na główny wierzchołek. Od dawna przepatrzyliśmy, że w prostej linii bieży33 on w Dolinę Batyżowiecką, ale czy „puści dołu” (na dół), czy nie kończy się jaką prostopadłą ścianą? Wystaw sobie Czytelniku, że rozrzucono olbrzymiej wysokości komin, ale w taki sposób, że dwie ściany przyległe zupełnie odjęto. Dwie pozostałe utworzą jakby rynnę pochyloną w kierunku spadzistości góry. Widocznie przez całą wysokość góry, wielkie bloki granitu oddzielały się w jednej linii. Ściany tego rozległego komina, czy jeśli wolisz, tej rynny dość są chropawe, lub mają występy dozwalające tak dobrze34 piąć się do góry, jak i zstępować. A więc próbujmy. W najgorszym razie, jeśli u dołu zejścia nie ma, trzeba będzie z tysiąc stóp wrócić do góry i przedzierać się do turni okalających kotlinę od zachodu. Schodzimy niepewni przyszłości. Bardzo często dłońmi oparci o skałę, spuszczamy się lub zeskakujemy na zbyt nisko pod nogami wystające nierówności. Przy pewnej wprawie nie nazywa się to złą drogą. Po godzinnej pracy otucha w nas wstępuje. Droga prawie coraz lepsza. Jeszcze pół godziny i jesteśmy nad doliną w najwyższym jej punkcie, a raczej tuż pod najwyższym jej progiem. Już widzimy śnieg wieczysty, zaścielający tuż pod nami stopy Gerlachu. Fakt ten jednakże nie uspakaja nas jeszcze. Owszem, to tu właśnie leży owa zagadka „czy puści dołu?” Istotnie, sam żleb ku dolinie okazuje się niemożliwy do zejścia. Spadki prawie pionowe. Wojtek Raj i Szymek Tatar idą przodem przepatrzyć drogę. My odpoczywamy tymczasem. Jest to zwykły regulamin. Wojtek spostrzega naprzód jeden, potem niżej drugi kij wetknięty w szczeliny skały. Widocznie strzelcy z doliny wychodzą tędy na boczne turnie Gerlachu. Nadzieje nasze zamieniają się w pewność. Żlebem dalej nie zejdzie, a więc zejdzie granią. Ale którą? Na jednej z nich w tej chwili żleb oddziela nas od niej. Wojtek spostrzega ładną laskę nie uronioną35 przypadkiem, ale postawioną ostrożnie w jakimś załomie skały. Snadź zawadzała idącemu. Józek ma niepohamowaną chętkę iść po nią. Ale w tej chwili Wojciech Raj bystrym okiem dostrzega, że lepiej będzie zejść granią, na której stoimy. „Nie baw się Józek, nie baw się” — woła na syna. Zapomniałem Ci powiedzieć, szanowny Czytelniku, że Józek jest rodzonym i pierworodnym synem Wojciecha, a z dziadka i pradziadka taternikiem. Wielce on żałuje, że nie ma czasu spróbować karkołomnej wyprawy na drugą stronę żlebu i sądzę, że ta laska jeszcze mu się kiedy przyśnić gotowa. Po dwóch godzinach całkowitego i niezbyt pośpiesznego pochodu, gdyż po drodze i zbieramy rośliny, i rozglądamy się po turniach, stajemy nareszcie w dolinie tuż pod najwyższym jej progiem. Stąd już nie widzi się wcale najwyższego piętra, a że, jak wspomniałem, pod samym progiem stoi wielka zaokrąglonych konturów turnia (właściwy Szczyt Batyżowiecki), przeto przechodzący z dołu mogą mieć złudzenie, że owa turnia kończy dolinę i należy już do Żelaznych Wrót. Tymczasem za nią jest jeszcze obszerna przestrzeń zapełniona głazami, a za nią dopiero wschodnia część łańcucha Żelaznych Wrót. Dolina Batyżowiecka w górnej swej części przewyższa dzikością, ale zarazem majestatycznością swoją, inne tatrzańskie doliny. Od zachodu zamknięta jest Kończystą, która od tej strony wygląda jak kolosalny portyk gotyckiej świątyni. Niezliczone ostre turnie wybiegają prostopadle ku niebu, a całość ich stanowi piramidę o bardzo szerokiej podstawie. Barwa całej góry jest perłowoszara, z licznymi pod same szczyty sięgającymi bladozielonymi smugami. Na prawo od Kończystej, spoza Żelaznych Wrót wznosi się ciemny, niebotyczny szczyt Wysokiej w postaci także piramidy, ale o bardzo wąskiej podstawie. To przeciwieństwo barw i konturów nadaje dolinie szczególny wygląd i urok. Urok ten podnosi się36 do niesłychanego efektu, jeśli w dolinę spoglądamy pomiędzy godziną drugą a czwartą po południu, z Gerlachu przez wąskie okno przypadkiem z czworogrannych słupów utworzone. Znajduje się ono w zachodnim ramieniu podkowy, ale już w bliskości środkowej masy szczytów (patrz opis księdza Stolarczyka). Godzina popołudniowa dlatego jest najpożądańsza, że wtedy słońce będąc jeszcze bardzo wysoko, jest już poza Kończystą. Nie ma więc w dolinie promieni prostych, ale za to dostateczna ilość złamanych i odbitych. Daje to tak cudny efekt światłocienia, że owa perłowozielona barwa Kończystej zdaje się być w ciągłym ruchu. Jednocześnie, Wysoka wygląda zupełnie czarno. Dodawszy do tego kamieniste, zupełnie puste łoże doliny i tylko mały skrawek stawu, który czerwoną barwą świeci na lewo od Kończystej, łatwo sobie przedstawić, że widok ten jest najoryginalniejszy, nie tylko w Tatrach, ale w jakich bądź innych górach.
Mniej nadzwyczajny, ale jednak oryginalny i zdumiewający widok czeka cię na prawo ku Gerlachowi. Z żadnego punktu w Tatrach nie wygląda on tak wspaniale, a obok tego, rzec można, tak prawdziwie. Prawdziwie, bo naprzód widzisz, że główne najwyższe szczyty są trzy, po wtóre, że szczyt najwyższy wraz ze swymi dwoma towarzyszami nie leży wprost nad kotliną, ale właściwie ponad zachodnim ramieniem „podkowy”, czyli, że owe trzy szczyty panują jednocześnie nad kotliną i nad doliną Batyżowiecką. Stąd wynika, że Gerlach wraz z Kończystą i wschodnią częścią Żelaznych Wrot stanowi dopiero symetryczną jedność, tj. górę o trzech ramionach, z których środkowy jest owym zachodnim ramieniem kotliny. Wspanialej zaś niż skądinąd37 dlatego wydaje się stąd Gerlach, że widzisz nie same szczyty sterczące, na przykład, nad Polskim Grzebieniem lub Żelaznymi Wrotami, ale że one zstępują w samą dolinę nieprzerwanie i przeto w tej oddali kształty ich nabywają smukłości i wyniosłości, której z innych punktów nie mają. Jak igły wystrzelają one tu w górę. Idąc wzdłuż Doliny Batyżowieckiej ku stawowi, najlepiej też występują wszystkie inne turnie środkowej masy Gerlacha, a jest ich bardzo wiele. Wystaw sobie Czytelniku ostrokończysty wzgórek zarosły niezbyt gęsto świerkami, a będziesz miał zdrobniały obrazek tych Gerlachowych turni.