Powiadają, że Pan Lancelot z koniem do rzeki wpodle westminsterskiego mostu skoczył i tak Tamizą aż do Lambeth196 popłynął. Potem, do brzegu dobiwszy, przed siebie pognał i niezadługo na tym miejscu się znalazł, gdzie dziesięciu rycerzy z Panem Meliagransem walczyło. Stamtąd ścieżyną prosto aż do drogi przez las wiodącej pojechał. A tam trzydziestu łuczników przez Pana Meliagransa posłanych go czekało, ażeby mu konia ustrzelić. Bowiem był im Pan Meliagrans nakazał, aby na samego Pana Lancelota się nie porywali, gdyż zbyt trudno — mówił on — byłoby rycerza tego pokonać.

I zaczęli wykrzykiwać ci łucznicy, ażeby Pan Lancelot nazad197 wracał i dalej drogą tą nie jechał. A kiedy, na nich nie zważając, przed siebie ruszył, konia jego za cel sobie wzięli, zasię gęsto o strzały ich trafiały i wiele ciężkich ran koń Pana Lancelota był otrzymał. Nie mogąc więc dalej na nim jechać, stanął rycerz na ziemi, a tyle dołów i krzewów gęstych od łuczników Meliagranowych go oddzielało, że i ścigać ich nie próbował.

Pieszo drogą przed siebie ruszył, niesporo198 mu jednak iść było w ciężkiej zbroi, do tego tarczę i włócznię niosąc. Słusznie też mniemać możecie, że go złość brała wielka na tę mitręgę. Przecież nie chciał nic ze swego rycerskiego ekwipunku porzucić, słusznie zdrady Pana Meliagransa się obawiając.

A właśnie zdarzyło się, że wóz jeden do lasu po drzewo był przyjechał. Tedy Pan Lancelot do woźnicy powiada:

— Rzeknij człecze, co ci mam dać za to, żebyś mnie do zamku o dwie mile stąd odległego zawiózł?

— Noga twoja na wozie tym nie stanie — woźnica mu odpowie — gdyż pan mój, Pan Meliagrans, po drzewo mnie tu przysłał.

Na to rzucił się na niego Pan Lancelot i takim go razem zdzielił, że woźnica martwy padł. Towarzysz jego, lękając się, ażeby go taki sam los nie spotkał, wnet krzyknie:

— Miły panie, tylko mnie oszczędź, a dokąd chcesz, cię zawiozę.

Wówczas Pan Lancelot na wóz skoczył, zasię woźnica konie do galopu zaciął.

Z tyłu za wozem rumak Pana Lancelota podążał, a więcej niż czterdzieści strzał w nim tkwiło.