— Rad jestem, że tak się stało.
I gotował się naprzeciwko Pana Mordreda jechać. Ale przedtem, nim wyruszył, wszystkim swoim rycerzom nakazał, ażeby bacznie patrzyli, co się pośrodku pola dziać będzie. Jeśliby zaś ujrzeli, że któryś z jego albo Mordredowych ludzi miecz obnażył, wówczas skoczyć mieli od razu i zdrajcę, Pana Mordreda, zabić. Nie dowierzał bowiem całkiem Panu Mordredowi król Artur.
A podobnież i Pan Mordred swoich przestrzegał:
— Jeśli miecz obnażony ujrzycie, całą siłą naprzód ruszajcie, a kto wam na drodze stanie, tego bijcie. Żadną bowiem miarą umowie tej nie dowierzam i dobrze to wiem, że wuj mój pomsty na mnie szukać będzie.
I tak spotkali się, jak umówione było, i do porozumienia doszli, i umowę, jak należy, zawarli. Wówczas wina przyniesiono i razem pili. A wtedy właśnie zdarzyło się, że gadzina zza kępki wrzosu wypełzła i jednego z rycerzy w stopę żądłem ukłuła. Ból poczuwszy, rycerz w dół spojrzał i gadzinę zobaczył. Wówczas miecza dobył, aby ją zabić. O niczym zgoła on nie myślał. Ale kiedy z jednej i drugiej strony ludzie miecz obnażony ujrzeli, w jednej chwili tu i tam trąby i rogi, i okrzyki wojenne się odezwały, i oba wojska pędem na siebie ruszyły. Dosiadł król Artur konia, wołając:
— O, biada ci, dniu nieszczęsny! — potem ku swoim skoczył.
To samo i Pan Mordred uczynił.
A nigdy jeszcze w żadnym kraju chrześcijańskim tak żałosnej bitwy nie oglądano, jak ta, co się wówczas zaczęła. Nic, tylko zderzenia wzajemne, a włócznią kłucie, a mieczem rąbanie. Wiele słów obelżywych między rycerzami wówczas padło i wiele ciosów śmiertelnych sobie zadano.
A walczono tak dzień cały, nie ustając, póki szlachetni rycerze na chłodnej ziemi nie legli. I walczono jeszcze dłużej, aż gdy wieczór zapadł, sto tysięcy trupów na wydmie leżało. Wówczas spojrzał król Artur dokoła i zobaczył, że z całego jego wojska, ze wszystkich dobrych jego rycerzy, dwóch tylko żywych zostało: Pan Lukan, podczaszy, i Pan Bediwir, brat jego — a obaj ciężko ranni.
— Chryste, zmiłuj się — król powie. — Co się ze wszystkimi moimi rycerzami stało? O, biada mi, żem też dnia tego bolesnego dożył. Teraz i mój koniec już blisko. Ale dałby Bóg, żebym wpierw tego zdrajcę, Pana Mordreda, odnalazł, który wszystko to zło sprawił.