A gdy to mówił, Pana Mordreda, wspartego na mieczu, za stosem trupów zobaczył.

— Podaj mi włócznię moją — Panu Lukanowi król rzeknie — gdyż oto tam zdrajcę dostrzegłem, który całego nieszczęścia jest przyczyną.

— Panie, zostaw go — Pan Lukan odpowie. — Jeśli ten zły dzień przeżyjesz, srogo jeszcze na zdrajcy się pomścisz. Panie mój, pamiętaj o śnie, któryś miał, i o tym, co ci ostatniej nocy duch Pana Gawaina powiedział. Bóg cię w swojej wielkiej dobroci dotychczas żywym zachował, przeto, na miłość Boską, zamysłu swego zaniechaj. Bogu niech będą dzięki, myśmy tę bitwę wygrali, gdyż oto trzech nas żyje, zasię przy Panu Mordredzie ni jeden żywy nie został. Jeżeli się teraz powstrzymasz, dokona się wreszcie ten dzień okropny.

— Czy życie, czy też śmierć mi sądzona — król rzeknie — teraz, kiedy go tam samotnego widzę, już z rąk moich on nie ujdzie, lepszej bowiem sposobności, aby go zabić, nie znajdę.

I włócznię w obie dłonie ująwszy, ku Panu Mordredowi podbiegł, wołając:

— Zdrajco! Oto nadszedł dzień twojej śmierci!

A gdy Pan Mordred króla posłyszał, z dobytym mieczem ku niemu się rzucił. Dźgnął go król włócznią popod tarczę i na wylot pierś jego przeszywszy, na włócznię go nadział. Natenczas Pan Mordred, śmierć w sobie czując, ile tylko jeszcze mocy w nim było, naprzód naparł, aż wreszcie o ucho włóczni Arturowej przy samej jej nasadzie piersią uderzył. Wtedy, obu rękami miecz trzymając, na głowę swego wuja, króla Artura, go spuścił, hełm królowi i czerep razem rozrąbując. Zaraz potem ducha wyzionął.

Zasię szlachetny Artur zemdlony na ziemię upadł, a ocknąwszy się, mdlał znowu raz po raz. Za każdym razem Pan Lukan i Pan Bediwir z ziemi go podnosili i tak, sami z ran się słaniając, między sobą go wiedli do kapliczki niedużej, co tam niedaleko brzegu morskiego się znajdowała.

XXXV. O odejściu króla Artura

Gdy położono króla w kaplicy, lepiej się poczuł. Niezadługo potem usłyszeli rycerze krzyki ludzi na wydmach, gdzie się bitwa odbyła, poszedł więc Pan Lukan dowiedzieć się, co by hałas ten mógł oznaczać. A kiedy przed kaplicą stanął, ujrzał w świetle księżyca, że to rabusie i łotrzykowie, na pobojowisko wyległszy, trupy poległych z klejnotów i pierścieni drogich obdzierają. Zasię kto z rycerzy szlachetnych żył jeszcze, tego dobijali, ażeby mu zbroję i co miał przy sobie kosztownego odebrać.