— A teraz do tej barki mnie złóż — król do Pana Bediwira powie.

Tedy z całą ostrożnością Pan Bediwir to uczynił.

Natenczas trzy królowe, z łodzi się wychyliwszy, króla w ramiona swoje wzięły i płacząc, na dnie barki go ułożyły, a on na łonie jednej z nich głową oparł. Rzekła wówczas:

— O, drogi bracie, czemuś tak długo z dala ode mnie zostawał? Ach, niestety, wielce też chłód tę ranę, co ją na głowie masz, wyziębił.

A potem odbiła barka od brzegu i widział Pan Bediwir, jako się po wodzie oddala. Wtedy zawołał:

— Ach, panie mój, Arturze, co się ze mną stanie, kiedy tu sam bez ciebie wśród nieprzyjaciół moich się znajdę?

— Nie rozpaczaj — król mu odpowie — i jako możesz, radź sobie, albowiem w niczym ci już pomóc nie mogę. Do doliny Avilionu222 śpieszyć muszę, aby tam z rany się swojej bolesnej uleczyć. A jeżeli nie ujrzysz mnie już więcej, pomódl się za duszę moją.

I znów one królowe i niewiasty, co w barce były, szlochać i zawodzić zaczęły, aż litość brała lamentu tego słuchać. I tak odpłynęła barka.

Płakał także i lamentował Pan Bediwir, skoro barkę z oczu stracił, potem do lasu kroki swoje skierował i przez noc całą lasem tym szedł. A rankiem między dwiema ogromnymi skałami, co się tam z dawien dawna wznosiły, kaplicę i domek pustelnika wpodle zobaczył. Wówczas pociechy doznał.

A kiedy do kaplicy wszedł, pustelnika ujrzał modlącego się nad grobem świeżo zamkniętym. Zasię nie kto inny to był, tylko ów Biskup Canterbury, przez Pana Mordreda niegdyś wygnany. I zapytał go Pan Bediwir, kto też w grobie tym pochowany leży.