— Panie — Pan Bediwir odrzeknie — nic krom fali wiatrem targanej.

— Nieprawdę mówisz — król mu na to powie. — Idź tedy, nie zwlekając, a, jakoś mi miły, rozkaz mój wypełnij, nie oszczędzaj miecza i w wodę go wrzuć.

Tedy poszedł Pan Bediwir i miecz wziął do ręki, i pomyślał znowu, że to wstyd i grzech tak szlachetny miecz precz wyrzucić. I miecz ukrywszy, do króla powrócił i powiedział mu, że nad wodą był i rozkaz królewski wypełnił.

— Coś też wówczas na morzu widział? — król zapyta.

— Panie — Pan Bediwir odpowie — tylko wody, które wiatr wzdymał, tylko fale o brzeg pluszczące.

— Ach, zdrajco kłamliwy! — król Artur zawoła. — Oto po raz drugi mnie już zwodzisz. I kto by to przypuścić mógł, że ty, któregom cenił i miłował, ty, który szlachetnego rycerza miano nosisz, dla bogactw miecza mnie zdradzisz. A teraz ruszaj znowu co prędzej, gdyż zwlekając, na wielkie niebezpieczeństwo życie moje narażasz, albowiem przemarzłem. A jeśli i tym razem żądania mojego nie spełnisz, a żywym mnie tu jeszcze zastaniesz, własnymi swymi rękoma cię zabiję za to, że miecz mój bogaty bardziej niźli życie moje sobie cenisz.

Tedy poszedł Pan Bediwir, gdzie miecz spoczywał, i wziął go, i nad brzeg morza zaniósł. Tam, pas dokoła rękojeści okręciwszy, jak mógł najdalej, miecz na wodę rzucił. A wówczas na spotkanie miecza ramię z wody się wynurzyło. Zasię miecz w dłoń pochwyciwszy i potrząsnąwszy nim trzy razy, kilkakroć powietrze jasnym ostrzem przecięło, po czym z mieczem razem znowu pod wodą się skryło.

Tedy wrócił Pan Bediwir do króla i opowiedział mu, co był na morzu widział.

— Niestety — rzeknie król — na to miejsce mnie zaprowadź, albowiem lękam się, żem zbyt już długo zwlekał.

Wówczas wziął Pan Bediwir króla na plecy i nad morze go zaniósł. A tam przy brzegu barkę niedużą ujrzeli, jak na fali się kołysała, w barce pań pięknych orszak cały i trzy królowe, z których jedna najstarszą nad nimi była. A wszystkie w czarne płaszcze były spowite i kaptury czarne na głowach miały, a kiedy króla Artura zobaczyły, płakać i zawodzić zaczęły.