Wdział więc zbroję i sznur z prześcieradła skręciwszy, spuścił się po nim przez okno na dół.
— Tu, do mnie rycerze! — w głos zakrzyknie. — Tego zaś rycerza poniechajcie!
Wówczas wszyscy trzej Pana Kaja odstąpiwszy — gdyż Pan Kaj to był, co w tak srogich się znalazł opałach — na Pana Lancelota natarli. I zaczęła się walka potężna, gdyż trzej rycerze, z koni zsiadłszy, obstąpili Pana Lancelota dokoła i wiele silnych ciosów mu zadali. Chciał dopomóc Pan Kaj swemu wybawcy, ale nie pozwolił na to Pan Lancelot i nie minęła i chwila, jak sześciu zaledwie uderzeniami miecza wszystkich trzech przeciwników na ziemi rozciągnął. Potem zażądał, aby się Panu Kajowi poddali i przyrzekli, że w najbliższą niedzielę Zielonych Świątek na dwór królewski pójdą, jako królowej Ginewry jeńcy. Z tym pozwolił im odjechać, zasię sam głowicą miecza do bramy zapukał. Nadszedł gospodarz i wpuścił Pana Lancelota, a z nim Pana Kaja.
— Panie — gospodarz mówi — myślałem, że w łożu spoczywasz.
— Tak było — rycerz odpowie — alem wstał i przez okno skoczył, żeby towarzyszowi staremu dopomóc.
A kiedy do światła podeszli, poznał Pan Kaj, że to Pan Lancelot był, co go od śmierci pewnej wybawił, i ukląkłszy przed nim, za dobroć jego gorąco mu dziękował.
— Panie — Pan Lancelot mu rzeknie — nie uczyniłem ja więcej ponad to, com był powinien. A teraz rad cię witam i proszę, abyś spocząć chciał.
Tedy Pan Kaj zbroję zdjął i o posiłek poprosił, a otrzymawszy go, obficie podjadł. Potem obaj rycerze na spoczynek się udali i w jednym łożu spać legli.
Nazajutrz wstał Pan Lancelot w czas rano, kiedy Pan Kaj spał jeszcze. Zbroję Pana Kaja na siebie wdział i jego tarczę wziąwszy, do stajni poszedł. Tam Kajowego konia dać sobie kazał i z gospodarzem się pożegnawszy, odjechał.
Niezadługo potem wstał Pan Kaj i nie znalazłszy Pana Lancelota ani swojej zbroi, ani konia, powiedział: