Tak więc Pan Lancelot odjechał, a do Kaplicy Niebezpiecznej przybywszy, z konia zsiadł i u furtki cmentarnej go uwiązał. A na przedniej ścianie kaplicy zobaczył wiele pięknych, bogatych tarczy wiszących, a wszystkie wisiały szczytem do dołu zwrócone. Wiele też z nich oglądał już był niegdyś Pan Lancelot na rycerzach znajomych. Potem ujrzał przed sobą trzydziestu rycerzy ogromnych. A każdy z nich najwyższego człeka, jakiego kiedykolwiek w życiu oglądał, o trzy stopy przerastał. W czarnych wszyscy byli zbrojach i stali z obnażonymi mieczami i nastawionymi tarczami w pogotowiu. A uśmiechali się wszyscy szyderczo i zębami na Pana Lancelota zgrzytali. Widząc to, rycerz tarczę przed siebie wysunął i miecz chwycił, do walki się gotując. Wprost na nich ruszył, chcąc sobie drogę mieczem otworzyć, ale rozstąpili się na boki i przejść mu dali. Zaraz też serca w nim przybyło i do kaplicy wszedł. Mrok ją czarny zalegał i tylko jedna mdła109 lampa płonęła. W jej świetle łyskającym110 dojrzał Pan Lancelot zwłoki w opończę jedwabną spowite. Pochylił się rycerz i kawałek opończy uciął. Wówczas zdało mu się, że ziemia pod nim drgnęła, i strach poczuł. Potem i miecz jasny zobaczył przy zwłokach leżący. Porwał go i z kaplicy wypadł. Ledwo się na cmentarzu znalazł, kiedy olbrzymi owi głosem grobowym do niego przemówią:
— Rycerzu, Panie Lancelocie, odłóż ten miecz, inaczej umrzesz.
— Czy umrę, czy żyw będę — Pan Lancelot im odpowie — słowami go ode mnie nie odbierzecie. Walczcie o niego, jeśli taka wasza wola.
I przeszedł wśród nich śmiało.
Tuż za dziedzińcem cmentarnym na piękną panienkę natrafił, a ta mu rzeknie:
— Panie Lancelocie, porzuć ten miecz lub zginiesz.
— Nie porzucę go na żadne zaklęcia — Pan Lancelot mówi.
— To dobrze — rzeknie ona. — Gdybyś go był bowiem porzucił, nigdy byś już więcej królowej Ginewry nie zobaczył. A teraz, miły rycerzu, o jedno cię tylko proszę, pocałuj mnie raz jedyny.
— Nie — Pan Lancelot odpowie — niech Bóg mnie od tego uchowa.
— To dobrze, panie — panna na to — gdybyś mnie był pocałował, dokonałyby się dni twoje. A tak oto, niestety, wszystkie moje zachody111 stracone, gdyż myślałam, że z kaplicy tej zwycięzcą nie wyjdziesz. Miałam ci ja niegdyś Pana Gawaina w swojej mocy, ale ten z Panem Gilbertem, rycerzem, co tam w kaplicy martwy teraz leży, walcząc, lewą rękę mu uciął, a przez to czarom się moim wymknął. Kochałam cię długich lat siedem, Panie Lancelocie, ale widzę teraz, że żadna inna oprócz królowej Ginewry miłości twej nie posiędzie112.