I tak pojechał Melias daleko poprzez las stary. Dwa dni przezeń156 jechał albo i dłużej, aż na jasną polanę natrafił. Tu, w zagrodzie pięknie z chrustu uplecionej, koronę zobaczył, w złocie misternie kowaną, na stołku leżącą. Zasię nieopodal obrus się rozścielał na ziemi, a na nim w obfitości wielkiej zastawione były dania znakomite. Strawy Pan Melias nie pragnął, ale szczerozłota korona podobała mu się bardzo, przeto schyliwszy się z konia, zabrał ją i dalej pojechał. A wnet rycerza pędzącego za sobą zobaczył i wołał nań ten rycerz, aby koronę nie swoją, którą był zabrał, z powrotem Melias na miejscu położył i do obrony się gotował.
Ucieszył się tej przygodzie świeżo pasowany rycerz i zaraz obaj przeciwnicy, największy rozpęd koniom dawszy, na siebie natarli. Przebił napastnik włócznią kolczugę i lewy bok Pana Meliasa i runął rycerz, bliski śmierci, na ziemię.
Wówczas tamten koronę wziął i odjechał, Pana Meliasa bez sił leżącego zostawiając.
Tymczasem trafem szczęśliwym Pan Galahad nadjechał i Pana Meliasa w niebezpieczeństwie śmiertelnym ujrzał, i powiedział:
— Ach, Meliasie, któż to cię ranił? Lepiej ci było inną drogą jechać.
A usłyszawszy go, rzeknie Pan Melias:
— Panie, na miłość Boga cię zaklinam, nie daj mi w tym lesie skonać, ale mnie do opactwa zawieź, które tu w pobliżu się znajduje.
— Uczynię to — Galahad odpowie — ale gdzie jest ów, co cię ranił?
A w tej chwili posłyszał Pan Galahad, jak ktoś krzyknął:
— Rycerzu, ze mną nie zaczynaj!