— Strzeż się, panie — Melias powie — ten ci to jest, który mnie bił.
Wówczas Pan Galahad zawoła:
— Przybywaj, panie rycerzu, na zgubę swoją!
I puścili się ku sobie, ile w koniach mocy. Ugodził Pan Galahad i rycerza włócznią, ramię mu przebił i z konia zwalił, ale i włócznię przy tym postradał, gdyż pękło drzewce pod ciężarem padającego. A tu i drugi rycerz z lasu się wynurzył i nim się Pan Galahad obrócić zdołał, na jego zbroi włócznię swoją złamał. Wówczas Pan Galahad miecza dobył i taki cios napastnikowi wymierzył, że ów do ucieczki się rzucił. Pan Galahad w pogoń za uciekającym się puścił, ale rychło do Pana Meliasa powrócił. Z konia zsiadłszy, rannego ostrożnie na rumaku przed sobą umieścił, potem na siodło się wspiął i Pana Meliasa w ramionach trzymając, do opactwa go zawiózł. Tam rannego rycerza pod opiekę mnichowi staremu oddał, a ten przyrzekł z ran go leczyć.
— A teraz jadę dalej — Galahad powie — gdyż wiele mam ja do czynienia. Wielu dziś dobrych rycerzy szukaniem Świętego Grala się trudzi i my też z tym tu oto rycerzem obaj Świętego Graala szukamy.
— Panie — rzeknie mnich — za swoje grzechy towarzysz twój rany te otrzymał. Dziwuję się też — do Meliasa się zwróci — jakeś się ważył wysoką godność rycerską na siebie brać, duszy swojej wpierw nie oczyściwszy. To sprawiło, że tak srodze cierpisz teraz. Bowiem owa droga, co na prawo wiodła, drogę wysoką oznacza, drogę Chrystusa Pana naszego i tych, co prawdziwie godny żywot pędzą. Zasię droga w lewo idąca drogą jest grzeszników i bezbożnych. A żeś pychą i zarozumiałością wiedziony na wyprawę szukać Świętego Graala wyruszył, za toś klęskę poniósł, albowiem cel ten błogosławiony nie inaczej, jak życiem cnotliwym osiągnąć da się. Pycha to na czele wszystkich grzechów śmiertelnych stoi, przez pychę Pana Galahada odjechałeś. A gdyś koronę złotą wziął, chciwością zgrzeszyłeś i kradzieżą. Ale ten tu oto Pan Galahad, rycerz Boży, dwóch rycerzy, co dwa grzechy śmiertelne w sercu twoim wyobrażali, pokonał, gdyż czystego jest serca.
— Galahadzie, panie mój — Melias powie — skoro tylko sił mieć będę, ażeby konia dosiąść, szukać ciebie pojadę.
— Niech ci Bóg zdrowie powróci — Galahad mu rzeknie.
Potem konia wziął i odjechał. Wiele odbył on potem podróży, to naprzód jadąc, to w tył się cofając, jak mu z przygody wypadło. Wreszcie na górze jednej się znalazł. A była tam kaplica stara, wpółrozwalona. Przed ołtarzem w niej ukląkł i Boga o dobrą radę prosił. A kiedy tak się modlił, głos usłyszał: „Jedź, rycerzu śmiały, do Zamku Dziewic i ukróć panujące tam złe obyczaje”. Usłyszawszy to, Pan Galahad Bogu podziękował i konia dosiadł. Pół mili nawet nie ujechawszy, ujrzał przed sobą w dolinie zamek potężny. Fosy głębokie pod murami jego biegły, a opodal jasna rzeka przepływała. A zwała się ta rzeka „Rzeką Srogą”. Tam też na brzegu rzeki spotkał Pan Galahad człeka dobrze już w latach podeszłego. A gdy pozdrowili się wzajem, zapytał rycerz, jak się ów zamek zowie.
— Miły panie — starzec mu odpowie — jest to Zamek Dziewic.