Zaraz też Lancelot broń chwycił i do bramy podszedł, i lwy ujrzał, a ujrzawszy je, miecz obnażył. A na to nagle karzeł się przed nim pojawił i po mieczu go uderzył tak silnie, że wypadła rycerzowi broń z ręki. I posłyszał głos: „O, człowiecze małej myśli i małej wiary, dlaczego w mieczu swoim większą niźli w Twórcy twoim ufność pokładasz? Ten, w któregoś służby się zaciągnął, lepiej cię niż zbroja twoja osłoni”.

Tedy rzeknie Lancelot:

— Miły Ojcze, Jezu Chryste, dziękuję Ci za wielką łaskę Twoją, żeś mnie za czyn mój niegodny zganił. Teraz widzę, że mnie za sługę swojego masz.

Potem miecz podniósł i do pochwy go schował. A kiedy do lwów się przybliżył, nasrożyły się, jakby pożreć go chciały. Nie zważając na to, dalej szedł i żadnej nie doznał obrazy180. Przez bramę na podwórzec zamkowy się dostał, a stamtąd do głównego skrzydła, gdzie cisza panowała zupełna. I tak uzbrojony, do środka wszedł, a wszystkie bramy i drzwi otwarte znalazł. Wreszcie komnatę jedną napotkał o drzwiach zamkniętych. Rękę na zaworze181 położył i z całych sił na nią naparł, ale tych drzwi otworzyć nie mógł.

Wówczas nadsłuchiwać zaczął i głos posłyszał tak słodko śpiewający, że nieziemskim głosem się zdawał. Ukląkł Lancelot przed drzwiami komnaty, gdyż dobrze wiedział, że Święty Graal tam przebywa. Potem rzekł:

— O, miły, słodki Ojcze, Jezu Chryste, jeślim tylko zdołał kiedy czynić cośkolwiek, co Ci miłym było, przez miłosierdzie Twoje nie pogardź mną za grzechy dawne i ukaż mi coś z tego, czego szukam.

Na to otworzyły się drzwi komnaty i światłość przez nie wyszła tak wielka, że w całym zamku jasno się uczyniło, jakby w nim zapłonęły wszystkie świata pochodnie.

Pan Lancelot na progu stanął i byłby wszedł, gdyby mu był znowu ów głos nie powiedział: „Cofnij się, Lancelocie, i nie wchodź, albowiem to ci się nie należy. A gdybyś wszedł, odpokutujesz za to”.

Cofnął się tedy rycerz z ciężkim sercem i do środka komnaty spojrzał. Stół srebrny tam zobaczył i naczynie święte purpurowym brokatem przykryte, i aniołów mnóstwo dokoła. Wtedy wielkim krokiem próg przestąpił i do komnaty wszedł, i ku stołowi srebrnemu zmierzał.

A kiedy podszedł już blisko, poczuł na sobie jakby oddech z ogniem zmieszany, który go w twarz tak silnie uderzył, iż zdawało się rycerzowi, że twarz mu spłonie. Wówczas na ziemię runął i sił nie miał, ażeby powstać. Potem poczuł dotknięcie wielu rąk, które go z ziemi podjęły i poza próg komnaty wyniosły, i tam jak martwego złożyły.