Pociągnął Anielę w stronę kozetki. Usiadł przy niej i oparł głowę na kolanach. Aniela czuła, że lada chwila znów wybuchnie jego namiętność.
— Muszę cię wytresować, Janku. — Odsunęła się od niego. — Niech ci się zdaje, że masz przed sobą przyjaciela, siostrę, a nie kobietę...
Janek zerwał się z miejsca i zaczął jak opętany biegać po pokoju, tam i z powrotem. Jego twarz przybierała wyraz potęgującego się niepokoju, buntu zmysłowego. Oczy były nalane krwią i rozwarte szeroko, jakby straciły zmysły.
— Nie kochasz mnie! — wołał w kółko. — Gdybyś mnie naprawdę kochała, byłoby już dawno po wszystkim...
Aniela uczyniła krok w kierunku drzwi.
— Znowu ta zepsuta krew uderzyła cię, Janku. O ile myślisz, że miłość tylko na tym polega, to biada jej...
— Co mnie tam będziesz morały prawiła?... — Skoczył do Anieli i objął ją silnie wpół. — Niech się dzieje, co chce... Dłużej nie wytrzymam!!!
Daremnie Aniela walczyła z całych sił. Janek usiłował prawą ręką przekręcić kontakt, a lewą przyciskał ją do siebie. Rzucał się na niej niby wygłodniały tygrys, dusząc niemal w ramionach. Palce jego szarpały nerwowo jej odzież. Wtem nagle rozległo się ostre pukanie do drzwi. Janek przelękniony odskoczył od Anieli.
— Kto tam?
— Policja!!! — padła odpowiedź jak grom z jasnego nieba.