— Mów prędzej — odezwał się Józek Zalewacz.

— Jak widzę, chcesz nas znowu nabrać.

— Nie, tym razem nie — odparł gospodarz: — Przeciwnie, stawiam wszystko, co przygotowałem na dintojrę z Klawym Jankiem i nie żądam zapłaty ani grosza.

— Koń by się uśmiał — roześmiał się Józek Zalewacz. — Trzeba to zapisać na kominie, że stary Bajgełe postanowił dać jeść i pić bez pieniędzy. Przyznaj się szczerze, jaką aferą zalatuje twój pomysł.

Antek przerwał rozmowę.

— Każ się wypchać z twoimi potrawami. Nie mam głowy do jedzenia. A ty, Felek?

— Nie ma mowy. Tyle pieniędzy! Gdybyśmy nawet żyli jeszcze z tysiąc lat, taka robótka, jak u hrabiny, nie nadarzyłaby się nam po raz drugi.

— Jeżeli chcesz, zostań! — zwrócili się obaj do Józka Zalewacza. — Musimy najprzód ustalić, co się stało z Klawym Jankiem. Sprawa nie jest gładka.

Bajgełe postawił dobrą butelkę koniaku z zagrychą, usiłując tym zdobyć Józka, który miał ochotę zostać. Antek i Felek stali już we drzwiach.

— Dokąd was diabli niosą? — zawołał Bajgełe. — Mówiliście wszak, żeście się umówili ze Staśkiem Lipą u mnie.