— Właśnie! Zapomnieliśmy! — zawołali obaj, spoglądając jeden na drugiego.
— Teraz jestem już w stu procentach pewny, że musiało się coś Klawemu Jankowi przydarzyć — zawołał Antek. — „Lipa” byłby punktualny. Wyłaził ze skóry z oburzenia, kiedy opowiedzieliśmy mu, że Klawy Janek uprowadził Anielę. Przysiągł, że dziś jeszcze położy go trupem.
— Radzę wam, byście pozostali u mnie. Niebawem zejdzie się nasza gromada i dowiemy się, co słychać na mieście — rzekł Bajgełe.
— Ma rację — przyznał Józek Zalewacz — Zaczynam wierzyć, że coś zaszło. Po „robocie” u hrabiny niebezpiecznie jest nos wysunąć na ulicę. Co dzień urządza się obławy, jedną po drugiej. Kto wie, czym się to skończy.
— Najgorzej, gdy się przy pracy popełnia morderstwo — zauważył Bajgełe — a wszak zastrzelony został policjant, ich człowiek. Nie uspokoją się, aż nie pochwycą sprawcy. Znam ich dobrze. Ktoś padnie ofiarą, najpewniej człowiek niewinny.
— Któż to mógł naprawdę zamordować policjanta? — rzucił Józek Zalewacz.
— Bóg raczy wiedzieć — odparł Antek. — Co prawda Jankowi swędzi ręka na widok męty, ale co się tyczy zabójstwa policjanta jestem pewien, że to nie jego robota.
— Zdejmijcie płaszcze i siadajcie. Mówiłem już, że mam wam coś ważnego do zakomunikowania. Skoro się coś stało, to przepadło, na to nie ma rady. Nic nie poradzicie.
Felek i Antek pozostali. Od owej historycznej nocy nie zaznali spokoju. Wydawało im się ciągle, że są tropieni przez wywiadowców. Tym chętniej pozostali u Bajgełe, by uniknąć przebywania na mieście.
Bajgełe napełnił kieliszki koniakiem i wznosząc toast, zawołał: