Bajgełe, zadowolony, postawił butelkę dobrego wina.

— Teraz wypijemy za zdrowie nygusów, którzy dają się okradać...

Wszyscy parsknęli śmiechem. Podniecenie ogarnęło obecnych. Antek, zadowolony, że czeka go niezły zarobek, jadł i pił, pragnąc zapomnieć o Klawym Janku. Tylko Felek siedział smutny. Nie cieszyło go to, że jako wspólnik Antka weźmie udział w wyprawie.

Zegar wybił godzinę ósmą. Józek Zalewacz pożegnał wszystkich i wyniósł się, Felek i Antek, znużeni wydarzeniami ostatnich dni, zamierzali wejść do sąsiedniego pokoju i położyć się, by odpocząć nieco przed robotą.

Bajgełe nie wypuszczał ich z domu, zapewniając, że u niego będą się czuli najbezpieczniej.

Nagle rozwarły się drzwi i do izby wpadł Stasiek Lipa. Blady jak ściana, osunął się na krzesło...

Felek i Antek podbiegli doń.

— Mów, co się stało?...

Stasiek Lipa rozejrzał się błędnym wzrokiem dokoła, jak gdyby lękał się kogoś. Po chwili wybuchnął spazmatycznym szlochem.

— Dziecko moje!... Aniela!... Aniela!... — wołał rozpaczliwie, tłukąc głową o ścianę.