— Tak, i u nas w Ameryce nie brak „kapusiów”. Gdyby nie oni, nigdy bym nie zakosztował smaku więzienia. Z policją można sobie dać radę.
— Gdy odsiadywałem karę w więzieniu berlińskim — rozpoczął opowiadanie Antek — zaprzyjaźniłem się z pewnym aresztantem, niejakim Krygierem, który od pierwszej chwili przypadł mi do gustu. Był to morus pierwsza klasa. Wydobyć od niego słowo było trudniej niż pieniądze z kasy ogniotrwałej. Był tak silny, że żelazne bransolety pod naporem jego mięśni pękały niby szkło.
— No, no, zaczyna być ciekawe — przerwał Moryc.
— W warsztatach więziennych — ciągnął dalej Antek — pracowało nas około trzydziestu osób. Siedzieliśmy dokoła dużego, okrągłego stołu i pracowaliśmy bez wytchnienia, nie wypuszczając pary z ust. Po środku zajmował miejsce nadzorca więzienny, który wszystkich miał na oku. Ćmił swoją fajkę i od czasu do czasu mruczał coś pod nosem, niby zły pies. Był to typowy Niemiec, który niby automat przestrzegał przepisów więziennych mających na celu uprzykrzenie więźniom życia. Był istotą bez serca. Za najmniejsze poruszenie ustami spisywał natychmiast raport, za co karano surowo.
— Dokładnie w dwa tygodnie po osadzeniu mnie w więzieniu — kontynuował Antek — wybuchła wojna. Odczuliśmy to w osobliwy sposób na własnej skórze. Zredukowano nam wikt do połowy, a potem z dnia na dzień zmniejszano porcje. Roboty natomiast przybyło, tak że pracowaliśmy na trzy zmiany dniami i nocami. Pudełka do różnych leków i inne wyroby potrzebne były dla wojska. Nadzorcy, stali się wymagającymi. Najgorszy los spotkał więźniów, którzy mieli obywatelstwo krajów będących na stopie wojennej z Niemcami.
Pewnego dnia zasiadłem do pracy wygłodniały, bezsilny. Zapach świeżo zgotowanego klajstru drażnił mi nozdrza. Przypomniał mi się zapach makaronu. Nie mogłem dłużej wytrzymać. Schwyciłem misę klajstru i zanurzyłem w niej twarz. Nadzorca zerwał się z miejsca i począł okładać mnie kijem. Ale nie zważałem na nic. Nie wypuszczałem miski z rąk, aż jej zawartość nie powędrowała do mego żołądka.
Za zbrodnię tę ukarano mnie karcerem. Okazało się, że Niemcy, licząc na ewentualny „apetyt” więźniów, dodawali specjalnego proszku chemicznego do klajstru, który wywoływał torsje. Skowytałem z bólu, błagając o lekarza. Grube, wilgotne mury karceru nie przepuszczały mych jęków...
Gdy ból puścił, zainteresowałem się tajemniczym pukaniem do mojej celi. Znałem alfabet, jakim porozumiewali się więźniowie i odcyfrowałem, co następuje:
„Dzień dobry, przyjacielu. Nachyl się do centralnego ogrzewania, do rury, która biegnie tuż obok asfaltu pod oknem po prawej stronie...”
Przyłożyłem ucho do rury i usłyszałem głos, jakby dochodzący spod ziemi.