Natężył mięśnie, by wyjąć podpiłowaną kratę. Okazało się, że trzeba ją było jeszcze podrzynać. Dopiero potem ustąpiła. Skasował ją.

Odetchnął z ulgą. Ucieczka w pięćdziesięciu procentach udała się.

Przywiązał „sznur” do kraty i za jednym zamachem opuścił się w dół. Stopą dotknął ziemi odgrodzonej od świata wolnych ludzi wysokim parkanem.

Strażnik nerwowo kręcił się przy budce na parkanie tam i z powrotem, Janek na dole wyczuł, że „menta” na górze nie mniej jest podniecony od niego. Na czworakach poczołgał się do węgła, gdzie przy budce „menty” zwisał już „wąż”. Bez namysłu Janek uczepił się sznura.

Ale oto stało się coś nieprzewidzianego; sznur się urwał i Janek zwalił się z powrotem na dziedziniec więzienny.

Nie odczuwał teraz bólu, chociaż dotkliwie się potłukł. Naraz nadzieje uzyskania wolności pękły, niby bańki mydlane... Ujrzał siebie w wyobraźni zakutego w kajdany i wtrąconego do ciemnego lochu. Wzrok jego spoczął przez chwilę na oknie celi, do którego przywiązany był sznur, podrzucany w różne strony podmuchem wiatru. Wydawało mu się, że lada moment jego celę zaleje światło elektryczne, ustalą, że zwiał i — wybiegną na podwórze, i pochwycą.

Ścisnął w ręku rewolwer.

„Teraz — pomyślał — pozostało mi tylko jedno: wpakować sobie kulę w łeb”.

I w momencie, gdy już przykładał lufę rewolweru do skroni, usłyszał nad sobą syknięcie: „tsss”. Prawie jednocześnie poczuł coś twardego na głowie. To „menta” spuścił mu sznur.

Po chwili był już na parkanie, a w minutę później — znalazł się po tamtej stronie — na wolności!