— Jestem zdania, panie doktorze — powiedział Krygier — że najlepiej byłoby, gdyby pan doktor tu został...

— Jak to pan rozumie? — rzekł ostro lekarz, a w duchu pomyślał: „Jestem zgubiony!”.

— Pan doktor pozwoli ze mną do pokoju — rzekł Krygier uprzejmie, ale i rozkazująco. — Sądzę, że pan nie będzie stawiał oporu, bo z zasady nie tolerujemy...

Urwał zdanie i nie zdejmował oczu z twarzy przestraszonego lekarza.

— Czego pan chce ode mnie? — zawołał doktor. Ale ledwie zdążył jeszcze coś powiedzieć, prawie że siłą został wepchnięty do pokoju.

— Niech się pan uspokoi, panie doktorze! Panu tu nic nie grozi, o ile nastąpi między nami porozumienie...

— Przemawia pan do mnie tajemniczo i dwuznacznie.

— Słusznie. Najlepiej uczynimy, gdy przystąpimy do rzeczy otwarcie i szczerze. A zatem niech mi pan pokaże swoją gazetę.

— Co to wszystko ma znaczyć?

— Wymagam, by pan spełniał tu tylko te funkcje, po które pana wzywałem! Krótko i węzłowało: pan tu ma być lekarzem, a nie tajnym agentem.