— Z punktu widzenia naukowego, jako studium psychologiczne.

— I pan go nie wyda w ręce policji?

— Nigdy. Zresztą, jak pan wyczytał z gazety, policja jest już na jego tropie.

— To jest przysłowiowy styl komunikatów policyjnych... — rzekł Krygier z przekąsem. — Zapewniam pana, że nikomu nie wpadnie na myśl, iż zbieg przebywa teraz w naszym ustroniu i że spoczywa w tak wygodnym łóżku.

— Podziwiam właśnie wasz spryt. Jesteście ludźmi przedsiębiorczymi, ale co to ma wspólnego ze mną? Czego chcecie ode mnie?

— Postąpimy z panem tak, jak pan sam zadecyduje. Wszak jest pan psychologiem i studiuje pan świat przestępczy. Niechże pan nam powie, coby pan uczynił, będąc na naszym miejscu? Ale o jednym proszę pamiętać, że ten chory — tu wskazał na Klawego Janka — jest nam droższy od stu profesorów.

— Ja?... Kierowałbym się w takim wypadku rozumem, a nie sumieniem — odrzekł szczerze doktor.

— Słusznie. Czekam na pańską decyzję.

Profesor zaczął przechadzać się nerwowo pokoju. W pewnej chwili odezwał się nie bez ironii:

— Według pana muszę odegrać tu rolę waszego wspólnika?