— To w dowód, że jesteś odważną kobietą. Gdyby w naszym światku były ordery, otrzymałabyś najwyższe odznaczenie za plan wykradzenia Janka. Gdyby nie ty, gniłby jeszcze dziś za kratami.
— A teraz pamiętajcie o tym — ciągnął dalej Krygier pod adresem Antka i Felka — że dziś jeszcze o czwartej po południu powinniście wyruszyć w drogę. Macie bezpośrednią komunikację kolejową do miejsca przeznaczenia. Mam do was zaufanie, że nie ukryjecie przed nami łupu. O ile dobrze wywiążecie się z zadania, zostaniecie naszymi stałymi wspólnikami. Zamierzam coś nowego, ale teraz jeszcze nie pora o tym tu mówić.
Gdy po pożegnaniu się Antek i Felek opuścili salę obrad, jedyna uczestniczka posiedzenia zauważyła:
— Żal mi tych chłopców. Złote serca mają.
— Nie możemy się z tym liczyć — odparł krótko Krygier. — Kogoż mielibyśmy tam wydelegować? Przecież prawie jeszcze nie zakosztowali chleba więziennego. Nie szkodzi, mogą zaryzykować.
— Ale ta robota wszak w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach jest skazana na niepowodzenie — zauważył Moryc.
— To ich rzecz. W razie powodzenia przyniosą prawdziwy skarb. Trzeba ich właśnie wypróbować, czy nadają się na moich wspólników.
Moryc spojrzał na zegar i zawołał przerażony:
— Już po dziewiątej, a doktora jakoś nie ma!
— Przyjdzie! — odezwał się Krygier, choć już tracił pewność siebie.