— Do kogo i po co?

— Otwórz. To ja! Nie poznajesz mnie?

Drzwi rozwarły się i obaj mężczyźni spojrzeli sobie w oczy.

— Można się przekonać, kogo gościsz u siebie?

Bajgełe bez słowa sięgnął po pugilares.

— Nie, dziś nie biorę — odtrącił jego rękę Wołkow.

— Dlaczego akurat dziś nie? Co za święto?

Wołkow energicznie pchnął go na bok, usiłując się dostać do przyległego pokoju, z którego dolatywały go gwizdy, śmiechy i krzyki rozbawionego towarzystwa. Ale Bajgełe zastąpił mu drogę i jednocześnie, wsunąwszy dwa palce do ust, przeraźliwie gwizdnął. Na odgłos sygnału ostrzegawczego w sąsiednim pokoju powstała panika. Słychać było, jak ludzie skaczą po stoikach i krzesłach, które przewracały się z łoskotem. Po upływie kilku chwil harmider ustał i zaległa cisza.

Bajgełe z pogardą spoglądał na Wołkowa.

— Czyż nie płacę ci regularnie tygodniówki?