— Kto tu? — zawołała przerażona. Drżącą ręką przekręciła kontakt i ostre światło padło na posuwającego się na palcach Moryca.

Przybyły stanął jak wryty. Ten zuchwały i bezgranicznie odważny mężczyzna załamał się pod presją karcącego spojrzenia Anieli. Nie śmiał uczynić kroku naprzód. Był zmieszany i oszołomiony, nie mogąc wydobyć głosu.

Aniela bez słowa uczyniła gest ręką, wskazując mu drzwi. Ten ruch brzmiał jak rozkaz, któremu nie można było nie ulec.

Moryc utkwił bezradnie oczy w twarzy Anieli, padł u jej łóżka na kolana i począł wyrzucać z siebie gorące słowa miłości, a jednocześnie prośby o przebaczenie.

Aniela nie wzywała pomocy, nie odpowiedziała ani słowem na jego wyznanie. Na jej twarzy tylko odmalowała się pogarda, która mroziła Morycowi krew w żyłach.

Oburzenie Anieli wzrastało z każdą chwilą. Raptownie usiadła na łóżku, gotowa do nagłego czynu.

W tym momencie Moryc przestał panować nad sobą. Bliskość Anieli oszałamiała go. Zapomniał, że przed sekundą jeszcze błagał o przebaczenie. Rozwarł silne ramiona, by porwać Anielę, przytulić mocno do siebie i... —

Ale ręce jego zawisły, jakby w powietrzu. Aniela nie krzyknęła, nie uczyniła nic, coby świadczyło, że zamierza się bronić. Nie spuszczała tylko oczu z jego twarzy, a jej uśmiech szyderczy prześwidrował jego mózg.

Chciał się oddalić, ale czuł, że nie może tego uczynić. Jakby był przykuty do miejsca. Wzrok Anieli trzymał go w niewoli i nie pozwalał się oddalać teraz na krok. Ten wzrok działał na niego niby magnes.

— Jesteś nikczemny i podły! — rzekła doń. — Idź i więcej nie waż mi się pokazywać na oczy.