Moryc opuścił jej pokój, złamany i zbesztany. Zimne poty wystąpiły mu na czole. Ledwie stanął na korytarzu, klucz w pokoju Anieli został przekręcony, gdy naraz poczuł na swym ramieniu czyjąś rękę.

— Chodź ze mną, przyjacielu, muszę z tobą o czymś pomówić — rzekł Krygier stanowczym głosem. I nie czekając na zgodę, wziął Moryca energicznie za rękę, wlokąc go niemal za sobą.

Ledwie weszli do jednego z pokoi, dwa siarczyste policzki padły na Moryca niby grom z jasnego nieba.

— Ty, dżentelmenie amerykański! — zawołał Krygier z pogardą.

— Wybacz mi, masz rację...

— Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co uczyniłby teraz z tobą Janek, gdyby się dowiedział o tym wydarzeniu?

— Przysięgam, że to się więcej nie powtórzy. Nie zdawałem sobie sprawy ze stanu duchowego... To były czary... psychoza... to było coś silniejszego ode mnie.

— Znam ten stan duszy — odparł spokojnie Krygier. — Chyba ci wiadomo, że wśród nas przebywa jeszcze jedna kobieta. Tamta może nie pogardziłaby tobą...

To było czymś gorszym od policzka.

Moryc milczał. Krygier ciągnął dalej: