Nagle komisarz zerwał się z miejsca i zaczął spacerować po pokoju z rękami założonymi w tył, co czynił zawsze, gdy głowił się nad rozwiązaniem poważnej zagadki.

Wszyscy wynieśli się po cichu za drzwi, by nie rozpraszać jego myśli. Tymczasem rozmyślania nie trwały długo. Komisarz otworzył drzwi, dając znak, aby wszyscy weszli.

— Obława, moi panowie, którą uważaliście za udaną — odezwał się stanowczym tonem — jest do luftu. Opryszka, który włamał się do hrabiny i którego uważam za mordercę policjanta, niekoniecznie trzeba było szukać na Smoczej, Niskiej, Krochmalnej i tym podobnych ulicach...

— Przyzwyczajeni jesteście łapać tych, którzy w łatwo wpadają wam w ręce. Zaręczam, że ptaszka można przychwycić tylko tam, gdzie obławy zazwyczaj nie bywają.

Agenci stali zmieszani, nie wiedząc, jak zareplikować. Starszy agent, uczestnik obławy, przyświadczył:

— Pan komisarz ma rację. Jestem tego samego zdania.

Tu zniżył głos i dodał:

— Jedno tylko trzeba ustalić, panie komisarzu. Czy włamania u hrabiny i mordu dokonała ta sama zbrodnicza ręka.

Na ustach komisarza pojawił się ironiczny grymas. Wyjął coś z szuflady biurka i zapytał:

— Wiecie, co to jest?